Marek Janiak: Precz z modernizmem

Modernizm to nie tylko odejście od stylów historycznych, ale również od wszelkiej stylizacji.

Jak ocenia Pan modernizm i jego wpływ na architekturę, na środowisko i na ludzi?
Dyskusja jest dość szeroka i toczy się od dawna w kulturze światowej i polskiej. W polskiej niestety ma wymiar nieco karykaturalny. Nasz kraj w dosyć znaczącym stopniu został dotknięty modernizmem w jego najbardziej podłym i tandetnym wydaniu, sprowadzonym do najniższego poziomu dzięki komunizmowi, który panował od wojny do 1990 roku, a po części do dziś. W związku z tym, po pierwsze została masa śladów materialnych po działalności owego prymitywnego modernizmu w postaci obiektów i fragmentów miast, o których powiem za chwilę, a po drugie, co jest jeszcze gorsze, pozostała dosyć poważna rana w mentalności środowisk, które najintensywniej z tego modernizmu korzystały czy też z nim się stykały lub po prostu go tworzyły. Najboleśniej zostało dotknięte środowisko architektów, bo modernizm w swojej całej filozofii odnoszącej się do kultury, w najbardziej brzemienny sposób czy też w najszerszym wymiarze i najbardziej bezpośrednio odnosił się do architektury oraz designu związanego z architekturą, a także do urbanistyki. On oczywiście obejmował całą kulturę, ale w tych „pozaarchitektonicznych” aktywnościach z wielu powodów jego wpływ nie był tak destrukcyjny czy dramatyczny.

Architekturze towarzyszy głównie interpretacja użytkowo–funkcjonalna, a tylko czasem symboliczno–emocjonalna.
To też zasługa modernizmu, dla którego prosta arytmetyka wypiera symbole i emocje – stanowi „treść wystarczającą”

Według mnie wszelkie dziedziny działalności kulturalnej mają w sobie, najkrócej mówiąc, dosyć duży procent literatury, czyli myśli werbalnej, która towarzyszy również tworom plastycznym. Jeżeli posłużymy się szerokim pojęciem literatury, to w jego zakres wchodzi również wszystko, co dotyczy symboliki, nawet transcendencji idei czy przepływu idei, które mogą się materializować w formie plastycznej, a i tak przy ich odczytywaniu czy kodowaniu posługujemy się tekstem – czyli językiem werbalnym, literaturą. Natomiast w architekturze i designie z literaturą jest najgorzej, tzn. nie ma bezpośredniego styku między nimi i dlatego architektura okazała się bardziej podatna na konsekwencje postawy awangardowej. Inaczej mówiąc, architekturze, która obecnie najczęściej jest tworem „inżyniersko–użytkowym” towarzyszy głównie interpretacja użytkowo–funkcjonalna, a tylko czasem symboliczno–emocjonalna. To też zasługa modernizmu, dla którego prosta arytmetyka wypiera symbole i emocje – stanowi „treść wystarczającą”.

Brzmi to tak, jakby modernizm kojarzył się jedynie z czymś złym.
Dla mnie tak się kojarzy. Jeszcze raz przypomnę, że modernizm jest postawą awangardową. Narodził się w latach 20. Miał kilka głównych przesłanek, które najlepiej i najbardziej ortodoksyjnie zdefiniowane zostały w całej postawie intelektualnej i działalności projektowej twórców Bauhausu, czyli Gropiusa i Miesa van der Rohe, czego konsekwencją było i jest do tej pory to, że w obszarach architektury i designu utożsamia się pojęcie modernizmu z Bauhausem. Wciąga się też do doktryny Bauhausu wszelkie inne przejawy ówczesnej awangardy, np. konstruktywizm radziecki, choć był bardziej twórczy, kreatywny i ekspresyjny od ciężkawego i schematycznego niemieckiego „ordnungu”. Bardziej czerpał z futuryzmu niż z „germanizmu”. To, co zostało zdefiniowane w postawie Bauhausowskiej jest zapożyczeniem pewnych elementów z innych awangard i wzmocnieniem ich własnymi uzupełnieniami. Wcześniejsze elementy to niechęć do historii i wiara w postęp.

Czyli pierwsza teza modernizmu to: „Nie obchodzi nas, co było wcześniej – przeszłość nie istnieje, historia nie istnieje, wszystko, co było wcześniej jest do niczego"

Czyli pierwsza teza modernizmu to: „Nie obchodzi nas, co było wcześniej – przeszłość nie istnieje, historia nie istnieje, wszystko, co było wcześniej jest do niczego – liczy się to, co my tworzymy teraz i reguły, które ustanawiamy, od dziś obowiązują na wszystkich polach, są nadrzędne i znoszą wszelkie poprzednie, jakie istniały w historii. Wszystko, co stworzyła historia jest zbędne”. To zawiera w sobie Bauhaus i jego modernizm, to zawierał również futuryzm i dadaizm. Natomiast drugi element to absurdalna i nieokiełznana, niczym nie zmącona naczelna wiara w przyszłość i postęp głosząca, że przyszłość będzie cudowna, sto razy lepsza od historii, bo człowiek ma moc sprawczą jak Bóg i wszystko, czego dotknie swoją myślą, krystaliczną i niezależną od wszystkiego, co było wcześniej, może stwarzać nową lepszą wartość. Im ta myśl jest bardziej niezależna i nowa, tym lepiej. Ten składnik miał w sobie również futuryzm, ale nie miał już dadaizm. Dadaizm nie wierzył ani w teraźniejszość, ani w przyszłość. Był kierunkiem nihilistycznym i przez to może bardzo mądrym, ponieważ z dystansem odnoszącym się do nieokiełznanej wiary, że nowe jest na pewno lepsze od tego, co było do tej pory. Dadaizm dobrze ukazał patologie ówczesnych społeczeństw, absurd unifikacji kultury i mobilność, relatywność reguł.

„Mniej znaczy więcej”. Super filozofia i super recepta – im mniej tym lepiej, inaczej mówiąc, lepiej być biednym i chorym niż bogatym i zdrowym

Trzecim składnikiem modernizmu, bardzo ważnym, który odróżnia go tak naprawdę od poprzednich dwóch awangard (chociaż futuryści napisali 99 manifestów, to jedyną regułą, jaką da się z nich wynieść jest „anarchia, wolność, ekspresja”) było uwielbienie recept najsłuszniejszych, jedynych i wyłącznych, którym musieli się poddać wszyscy. A zatem musi być tak i tak, a nie inaczej – np. architektura nie może mieć w sobie symboli, ma być tylko samą sobą, czyli architekturą. Inne popularne, bardzo ważne hasło głosi, że im architektura jest oszczędniejsza, czyli pozbawiona ozdobników i symboli literackich, tym lepsza. Zogniskowało się ono w słynnym zdaniu powiedzianym przez Miesa van der Rohe: „Mniej znaczy więcej”. Super filozofia i super recepta – im mniej tym lepiej, inaczej mówiąc, lepiej być biednym i chorym niż bogatym i zdrowym.

Inna z tez to ta, że forma musi wynikać z funkcji. Następna: tak zwane pojęcie czystości formy, które dla mnie jest najbardziej mętnym pojęciem, ponieważ nie wiadomo, co to jest czystość. Dla każdego czystość może oznaczać coś zupełnie innego. Myślę, że czystość dla św. Franciszka oznacza zupełnie coś innego niż czystość dla przywódcy hipisów z lat 60 czy „praczki z Portugalii”. Jest to więc niejasne pojęcie i na pewno nie można go używać jako ostatecznego rozstrzygnięcia. A moderniści używali go, interpretując na swój oczywiście sposób.
Była jeszcze cała masa odrębnych stwierdzeń, np. takich, że materiał musi być użyty zgodnie ze swoją istotą, że w obiekcie architektonicznym musi być absolutna jedność między użytym materiałem a zadaniem, które ma spełnić. Czyli jedność estetyki i konstrukcji, jedność formy i konstrukcji, jedność funkcji i konstrukcji itd. Oczywiście trzy główne i wszystkie poboczne tezy modernizmu są dla mnie kompletną bzdurą, idiotyzmem, który został wymyślony przez facetów, którzy chcieli podkreślić swoją ważność kulturową i przez to stłamsić wszystko inne, nadając sobie boskie prawa ostatecznych twierdzeń, których nie sprawdzili i które są tak naprawdę „cienkie” i (niestety) prostackie.

Uważa Pan, że żadne z tych stwierdzeń, haseł nie miało sensu?
Żadne! Po pierwsze, nie da się wyrzucić historii na śmietnik, w historii został wychowany człowiek i społeczeństwo. Na jej podstawie został nauczony systemów wartości i historia go spotyka wszędzie – w rodzinie, na ulicy, w mieście i na wsi, wszędzie. Proces uczenia się na podstawie historii, czyli książek, sztuki i architektury historycznej, trwa długo, do osiągnięcia samoświadomości, czyli powiedzmy u jednych 15, u innych 40 lat. W każdym razie raczej nie krócej. Proces ten konstruuje naszą świadomość, indywidualną i społeczną, w związku z tym ów długi okres powoduje, że wszystkie kody historyczne, których nas się uczy, tożsamość i świadomość cywilizacyjna (i też architektura miast) pozostają w nas jako fundamenty. Dlatego ludzie lepiej się czują na Starym Mieście w Krakowie niż w Nowej Hucie, ponieważ tam jest więcej śladów (tekstów, znaków), które tkwią w nich samych. Dlatego ludzie, jadąc do Paryża na pięć dni, cztery spędzają na Montmartre i w Dzielnicy Łacińskiej, a tylko pół dnia (i to nie wszyscy) poświęcają, żeby obejrzeć La Defanse – jedną wielką paradę modernizmu i „nowoczesności”.

nie da się wyrzucić historii na śmietnik

Negacja historii jest mówieniem nieprawdy, ponieważ nie da się historii z nas wykorzenić. Teza, że „jedność łączy formę i funkcję” jest wytrychem. Jeżeli byłaby prawdą, oznaczałoby to, że np. wszystkie krzesła, jakie wymyślono w cywilizacji muszą być jednakowe, czyli takie same, czyli jedno krzesło powielone w miliardach egzemplarzy, ponieważ spełnia ono określoną jednostkową funkcję, czyli służy do podpierania tyłka, jak się siedzi. Natomiast krzesło w swych najlepszych wydaniach, które w historii zaczęły się od leżącego na ziemi kamienia po super wyrafinowane hi-techowe genialne wymysły współczesności, ma miliony odmian, które są absolutnie, kompletnie różnymi formami plastycznymi i mechanicznymi. Ilość form, jakie przyjęło krzesło w rozwoju kultury jest niepoliczalna i fascynująca. Jaka jest więc w krześle jedność formy z funkcją? Nie ma żadnej! To pozostaje tylko w decyzji projektanta lub wykonawcy. Jeżeli sobie obejrzymy kościoły na świecie, nawet tylko katolickie, to ich forma waha się od katakumb rzymskich, o których też można powiedzieć, że początkowo spełniały rolę kościołów katolickich, poprzez barokowe czy rozbuchane formalnie rokokowe, po supermodernistyczne „minimale”, czyli kościoły w rodzaju sześcianu ze szkła albo z betonu. A zatem gdzie jest ta sama forma idealna? Nie ma. A funkcja tych obiektów jest identyczna. To hasło modernizmu jest idiotyzmem tak absurdalnym, że nie mogę zrozumieć, jak przez tyle lat ludzie mogli przyjmować, że ma ono jakikolwiek sens.

Jaka jest w krześle jedność formy z funkcją? Nie ma żadnej!

Kolejna „prawda” modernizmu, która się zdezaktualizowała, bo zamordowało ją samo życie, rozwój wypadków, rozwój kultury i życie codzienne, to bezpardonowa i nieokiełznana wiara w postęp, przyszłość i nową wartość. W postęp i w jego sens wątpił już dadaizm, w tym samym czasie i wcześniej, a później jeszcze wiele innych postaci i ruchów w sztuce i kulturze powtarzało do dzisiaj i nadal będzie powtarzać zwątpienie w kategorię postępu. Oczywiście w naszej kulturze, bo warto pamiętać, że są kultury społeczeństw postfiguratywnych czy na przykład buddyjska, które w ogóle inaczej podchodzą do postępu. Są kultury, w których w ogóle nie ma takiego pojęcia, czyli status quo jest celem, sensem i wartością, nie ma potrzeby go rozwijać i tak jak jest, jest najlepiej. Być może nie są one gorsze od naszej, bo mniej niszczą środowisko i mniej czynią ludzi nieszczęśliwymi. Dlatego mówienie, że najważniejszy jest postęp, nowoczesność, że parcie do przodu jest obowiązkiem nas wszystkich, jest bardzo wątpliwe.

W ten sposób obalił Pan wszystkie tezy modernizmu.
Zgadza się. Modernizm królował przez tak długie lata właśnie dzięki tej jednej wartości, o której powiedziałem, czyli posiadaniu prostych, wręcz prymitywnych definicji i reguł, mówił, co ma być zrobione, jak, co jest dobre, a co jest niedobre, do czego mamy prawo, a co jest wstydliwe, co jest dobrą sztuką, dobrą architekturą, a co nie jest. Był idealnym prądem kulturowo-artystyczno-intelektualnym (również architektonicznym) dla systemów totalitarnych, które rządzone przez półgłówków i niedouczonych idiotów musiały mieć w sobie proste reguły, bo tylko takie mogli oni zrozumieć. Następnie musieli stworzyć aparat do ich egzekwowania, który musiał mieć czytelny system postępowania. Coś, co ma reguły fantastycznie pasowało do komunizmu, faszyzmu, hitleryzmu, stalinizmu, maoizmu i wszelkich innych totalitarnych pomysłów na organizację społeczną. Dlatego modernizm tak dobrze się rozwinął, obojętne czy przypadkiem, czy celowo. Jeśli był to przypadek, to potwornie nieszczęśliwy, ponieważ modernizm trafił idealnie w okres przewrotów społecznych, czyli na czas, kiedy się w Niemczech i we Włoszech rozwijał faszyzm, a w Rosji stalinizm. Systemy totalitarne wzmocniły rozwój modernizmu w sposób absolutny i bezdyskusyjny. Te powiązania są wprost organizacyjne, tutaj nie ma o czym dyskutować. Ponieważ komunizm trwał u nas do lat 90., prymitywny modernizm początkowy znakomicie się tutaj rozwijał i ugruntował, i to jest właśnie największe nieszczęście.

Modernizm trafił idealnie w okres przewrotów społecznych, czyli na czas, kiedy się w Niemczech i we Włoszech rozwijał faszyzm, a w Rosji stalinizm.

Modernizm nie ma zalet?
Z pewnością o wiele mniej, niż powszechnie się uważa. Jeżeli spojrzeć krytycznie na modernizm w architekturze, trzeba sobie powiedzieć, że poszczególne obiekty stworzone w latach 20. i 30. bywały bardzo dobrym i ciekawym przykładem architektury. Domy wielorodzinne, czyli tzw. kamienice istniejące np. w Łodzi przy Kościuszki, przy Wólczańskiej i w wielu innych miejscach są bardzo dobrymi budynkami i technicznie, i w rozłożeniu funkcji. Pokusiłbym się o stwierdzenie, że dotychczas, czyli do dzisiaj, nie pojawiło się lepsze, tak szeroką falą zbudowane budownictwo wielorodzinne, a precyzyjniej mówiąc budynki wielorodzinne o socjalnym wymiarze – tam są mieszkania dla ludzi o mniej więcej podobnym statusie, co odróżnia je np. od kamienic czynszowych, które miały superekskluzywne i superwygodne mieszkania w kamienicy frontowej, a w oficynach gnieździła się biedota, były więc obiektami dla ludzi o różnym statusie.

Jeżeli szukamy budynków, które mają w sobie równość i są dobrymi obiektami architektonicznymi, to trzeba powiedzieć, że kamienice z lat 20. i 30., budowane do drugiej wojny światowej w estetyce modernizmu, są fantastycznymi obiektami

Budynki modernistyczne, jako że to przecież komunizujący, socjalizujący system społeczno-estetyczny i filozoficzny, były dla wszystkich jednakowe. Jeżeli więc szukamy budynków, które mają w sobie równość i są dobrymi obiektami architektonicznymi, to trzeba powiedzieć, że kamienice z lat 20. i 30., budowane do drugiej wojny światowej w estetyce modernizmu, są fantastycznymi obiektami. Są wygodne, dobrze zbudowane i tak naprawdę pięknie wyposażone w środku. Wiele z wyposażenia uległo zniszczeniu lub chałturyzacji przez głupich ludzi, którzy je zamieszkiwali po wojnie, ale naprawdę te obiekty budzą szacunek tak samo jak obiekty publiczne. Np. gmach YMCA między Moniuszki a Traugutta – to piękny obiekt wzniesiony w stylistyce modernizmu. Jest też wiele, wiele innych np. budynek, w którym się znajduje telewizja czy dawna siedziba Textilimpexu obecnie mieszcząca biura urzędu wojewódzkiego przy ul. Narutowicza. Te dwa obiekty zostały wzniesione jako centrala tekstylna na granicy lat 50. i 60. i one już nie są takim czystym modernizmem, tylko mają naleciałości socrealizmu. Symbolikę i detal, które socrealizm nałożył, żeby budowle były bardziej czytelne dla ludu, związane z historią i propagandą. Tym samym zaczął się wycofywać z niektórych tez modernizmu. Dlatego też są to budynki ciekawe, mają tradycyjne zdobnictwo (np. Pałac Kultury). Te obiekty będą zyskiwać z czasem na kulturowej wartości. Bloki z wielkiej płyty pozbawione detalu – nie!

A co z modernizmem na większą skalę? Na przykład w Łodzi istnieje osiedle Montwiłła-Mireckiego, powstałe właśnie w duchu modernizmu.
Po wojnie i tuż przed wojną modernizm rozpatrywany w szerszym, urbanistycznym kontekście, tworzył kompletne idiotyzmy. Nienawidzę urbanistyki modernistycznej i uważam, że tam gdzie się pojawiała, robiła samo zło i skalą, i interwencją, i burzeniem podstawowej natury miasta. Jeżeli słyszę zachwyty nad międzywojennym osiedlem Montwiłła-Mireckiego w Łodzi, to denerwuję się automatycznie, ponieważ uważam, że jest to osiedle wstrętnych domów, niewygodnych, złych galeriowców, o fatalnych, niedobrych mieszkaniach. Są dużo gorsze od mieszkań w kamienicach, o których mówiłem wcześniej. To jest ohydne, brzydkie osiedle. W dodatku ma tę wadę urbanistyki modernizmu, która wynika z jego wypaczonej filozofii. Mianowicie moderniści uznali swoimi małymi i kwadratowymi móżdżkami, że da się wyszczególnić i nazwać ważne pierwiastki architektury i urbanistyki dla człowieka. Ale ponieważ mieli małe móżdżki i kwadratowe, zdołali ich wyliczyć najwyżej 5–6.

Politycy, którzy źle rządzili, przeważnie ponieśli śmierć – szlag ich trafił, a jak ich nie trafił, to trafi. Natomiast co zrobić z architektami, którzy nie są ścigani, a zaprojektowane przez nich domy zostały?

Te pierwiastki wyglądały następująco: przede wszystkim równość dla wszystkich. I samo to już jest podejrzane, bo jak wiemy ludzie są różni – jedni są grubi, inni są chudzi, jedni kudłaci, drudzy łysi, jedni głupi, drudzy mądrzy itd. Na tym polega bogactwo człowieczeństwa. Komunizm, który mówił, że wszyscy są równi, dokonywał nadużycia, o czym doskonale wiemy wszyscy, ale o ile w polityce można sobie dokonywać nadużyć, bo samo życie je sprawdza, o tyle w architekturze zostają na długie lata i czynią ludzi nieszczęśliwymi, ponieważ skazują ich na życie w złej przestrzeni. I to jest niewybaczalne. Poza tym politycy, którzy źle rządzili, przeważnie ponieśli śmierć – szlag ich trafił, a jak ich nie trafił, to trafi. Z historii zostali wygumowani i sprawa jest załatwiona. Natomiast co zrobić z architektami, którzy nie są ścigani, a zaprojektowane przez nich domy zostały? Są bezkarni. Drugą tezą kwadratowych móżdżków, która się wyłoniła w odniesieniu do urbanistyki, było to, że najważniejsze jest nasłonecznienie i dostęp światła, bo kiedyś miasta były ciemne. Cóż więc zrobili? Stawiali identyczne domy i rozgęszczali je tak, żeby był dostęp światła, czyli stawiali je sobie to tu, to tam jako wolnostojące budynki. Nie tworząc struktury miasta. Oni (na czele z gangsterem urbanistycznym Le Corbusierem) wymyślili, że najlepiej będzie właśnie wtedy kiedy będą wolnostojące. To również miało je lepiej łączyć z naturą (w ten sposób, że stoją na trawie). Jeszcze lepiej by było, gdyby stały na kolumnach, by trawa rosła pod nimi. Jeśli chodzi o zaprojektowanie domu w pełni „ożenionego” z naturą, to jest tylko jedno rozwiązanie: żeby go w ogóle nie budować. Ale na to nie wpadli, a szkoda. Natomiast jeżeli już dom budujemy, to jego połączenie z naturą jest skomplikowane i wielowarstwowe, najczęściej kompromisowe – czyli bolesne.

Są w ogóle jakieś przykłady pozytywne, jeśli chodzi o połączenie architektury z naturą, które mógłby Pan przytoczyć?
Jest! Dom Emilio Ambasza. Zaprojektowany na początku lat 80., a wybudowany po 2000 roku w parku krajobrazowym w Hiszpanii. Ale w stylistyce modernistycznej wszystkie rozwiązania są dyskusyjne, np.: dom mieszkalny, tzw. Pawilon Niemiecki, który się znajduje w Barcelonie, zrobiony przez Miesa van der Rohe na wystawę Expo w 1936 roku. Czasami słyszę, że genialnie wpisuje się w naturę, bo ma duże szyby i przez te szyby widać krajobraz. Zgoda, ale on przez swoją zupełnie inną formę, czyli prostokreślność, ostre kanty, nienaturalne materiały (bo szkło niby jest naturalne, ale nie w postaci tafli szklanej, tylko w postaci piasku na plaży, płyty kamienne są naturalne jako zbocze góry, ale nie jako wycięte i wypolerowane płaszczyzny) jest zgrzytem w naturze, jaki by nie był piękny. Natura nie jest kanciasta. Jest biomorficzna, miękka, ma „roztrzepaną” formę, jak np. drzewo czy obrąbany brzeg zbocza, i nigdy nie będzie kwadratowa jak dom Miesa van der Rohe. W związku z czym ten dom się nigdzie nie wpisuje, tworząc jedynie kontrast z naturą. Może kontrastować świadomie bądź nieświadomie, ale nie okłamujmy ludzi, że się z naturą łączy.

Według myśli modernistycznej rzeczywiście powstawały całe miasta, czego dobrym przykładem jest Nowa Huta oraz wszystkie osiedla z wielkiej płyty w Łodzi i na całym świecie.

A co z miastami i nowymi dzielnicami, budowanymi w myśl modernizmu?
Według myśli modernistycznej rzeczywiście powstawały całe miasta, czego dobrym przykładem jest Nowa Huta oraz wszystkie osiedla z wielkiej płyty w Łodzi i na całym świecie. Jednym z takim wymysłów po kolejnych kongresach architektów, po Karcie Ateńskiej, która jest dowodem na trwanie bzdury modernistycznej po latach, obalonej na szczęście przez kongresy Machu Picchu, jest Brazylia wymyślona przez Oscara Niemeyera i Lucio Costę. Sztuczne miasto, które bardzo źle funkcjonuje. Chociaż z powietrza przypomina przepięknego ptaka i po modernistycznemu dzieli miasto na rozmaite strefy, kierunki i osie (bo musi być jedność formy z funkcją) i ma „czystość strukturalną”, to w nim bardzo źle się mieszka, między innymi właśnie dlatego, że nie ma wykrystalizowanego centrum jak inne miasta. Cóż się okazało – moderniści negując całą strukturę miast wcześniejszych i wymyślając własną (czyli najkrócej mówiąc domków powstawianych jak wykałaczki w masło to tu, to tam, każdy oddzielnie), zniszczyli wszystkie przesłanki tworzenia miast, wynikające z ich naturalnego rozwoju historycznego.

Miasta są bardzo skomplikowaną materią, można powiedzieć, że podobną w swoim skomplikowaniu do organizmu ludzkiego

Oglądając miasta i ich analizę w opracowaniach naukowych można zauważyć, że struktury miast nawarstwiały się czasem przez 2000 lat czy nawet – jak w Rzymie – przez 4000 lat. Miasta są bardzo skomplikowaną materią, można powiedzieć, że podobną w swoim skomplikowaniu do organizmu ludzkiego. Nakładają się tam działania świadome na przypadkowe, polityczne na indywidualne. Liczą się meandry historii, ekonomii, pogody. Działania planowane i nieplanowane, wojny, kataklizmy, koniunktury, recesje itd. – liczba tych czynników jest tak wielka, że nikt ich jeszcze nie zdołał zebrać ani nazwać, ani nawet wstępnie rozpoznać, ile mogłoby ich być, jaki jest rodzaj wzajemnych powiązań i jaki jest „matematyczny wzór” na manipulowanie nimi. To są wzajemne powiązania, reakcje i fakty, emocje i bezlitosny materializm, które owocują budowaniem różnych obiektów, przemurowywaniem tych obiektów, wytyczaniem dróg, likwidowaniem dróg, wprowadzaniem różnych środków transportu itd. Miasta rozwijały się wzdłuż dróg, a z nadejściem kolei trzeba było je przeciąć tą koleją. Były miasta, które miały rzekę, która potem zniknęła, miasta, które zarosła dżungla albo zalała woda. Masa czynników w skali makro, na które nakładają się czynniki mikro, czyli takie, że ktoś był właścicielem domu, dobudował do niego kawałek, potem splajtował, sprzedał, ktoś to kupił, ten kawałek mu się nie podobał, więc go przerobił, podzielił działkę na pół, te dwie połowy zostały następnie przez dwóch różnych właścicieli rozbudowane inaczej itd. To jest masa przypadków emocjonalnych i sytuacyjnych lub ekonomicznych. Miasta w rozwoju historycznym oswajały ludzi ze swoją strukturą. Ludzie uczyli się jej, rodzili się w niej, wychowywali, dostosowywali ją do swoich potrzeb. Pamiętajmy, że pierwotna definicja miasta mówi, że narodziło się ono z potrzeby skupiania ludzi i jest tym lepsze, im jest gęstsze, im ma więcej do zaoferowania różnych aktywności na jak najmniejszym obszarze. Tę filozofię przejmują malle handlowe, oczywiście w sposób tylko częściowy, bo nie są w stanie całkowicie jej przejąć. Na gęstym obszarze możemy i „pomieszkać”, i pójść do sklepu, i pójść do kina, i odwiedzić lekarza, pooddychać świeżym powietrzem, wejść do wody, i sto jeszcze innych aktywności możemy „odbyć”. Możemy być w tłumie i możemy się wyizolować. Możemy się identyfikować z pochodem, który manifestuje na ulicy, ale za chwilę przechodzimy 10 metrów i jesteśmy na podwórku, gdzie zamykamy bramę i się identyfikujemy tylko z 20 osobami, które na tym podwórku mieszkają, z nimi się utożsamiamy, ich znamy lepiej itd. To są też struktury różnych poziomów interakcji społecznych, od rodziny w mieszkaniu czy w jednym domu poprzez kilka rodzin po większą społeczność ulicy czy kwartału.

Miasta w rozwoju historycznym oswajały ludzi ze swoją strukturą. Ludzie uczyli się jej, rodzili się w niej, wychowywali, dostosowywali ją do swoich potrzeb

Pamiętam, że kiedy wychowywałem się w Łodzi, to ulice miały swój patriotyzm i niektóre się nie lubiły. Jak poszedłem na Próchnika, to mnie pytali, z której ulicy jestem. Odpowiadałem, że z Gdańskiej i słyszałem „to masz w ryj”. Ale jak poszedłem na Więckowskiego, to Więckowskiego mówiła „nie, my z Gdańską się kumplujemy, jesteś w porządku koleś”. Takie możliwości daje miasto w tradycyjnym układzie mające ulice, podwórka i wydzielone przestrzenie prywatne i półprywatne. Natomiast kompletnie nie daje szans miasto w strukturze zdezintegrowanej, czyli modernistycznej, które nie ma ulic, tylko jezdnie, a przestrzeń nie dzieli się na publiczną, prywatną i półprywatną, nie ma podwórek, lecz wszystko jest wszystkich – czyli niczyje. Okazuje się, że to ma określone konsekwencje społeczne – największa przestępczość jest nie na Piotrkowskiej czy na Próchnika, tylko na Olechowie, bo tam nie ma więzi społecznych mikro i makro.
Summa summarum okazało się, że Łódź, gnębiona jako tradycyjne miasto przez propagandę komunistyczną, bo była sukcesem kapitalizmu, przez lata komunizmu do lat 90. miała historyczne centrum, które się na początku lekceważyło, potem niszczyło, a które tak naprawdę było bazą zamieszkania dla całego tego miasta. Na szczęście komunizm się skończył, a ponieważ był ubogi, nie zdążył zniszczyć centrum Łodzi. Ale były plany przebicia wielopoziomowych arterii po śladzie Piotrkowskiej. Zostały takie domy jak Magda, Centrale itd., które nie pasują do struktury centrum. Nie pasują świadomie i ostentacyjnie, jak wieżowiec Hotelu Centrum przy Traugutta i inne „dokonania”, których na szczęście więcej komuniści nie zdążyli wcielić w życie, ale zdążyli nauczyć całe pokolenie powojenne urbanistów i architektów nonszalancji dla historii, czyli nie szanowania centrum Łodzi, uwielbienia dla myśli modernistycznej, którą wcielali w życie, budując osiedla na Kozinach, Retkini, Teofilowie, Radogoszczu, Olechowie, Widzewie itd. Opaskudzili całe miasto tymi osiedlami – świadomie używam niecenzuralnego pojęcia, ponieważ taki mam stosunek do takiej architektury, do tej urbanistyki. Uważam, że jest to zaśmiecanie środowiska, psucie miasta i krajobrazu, bezmyślne degradowanie ogromnych obszarów przyrodniczych. Takie budownictwo zostało na świecie zanegowane pod koniec lat 60. bardzo ostro. W Louisianie w Stanach Zjednoczonych pierwsze tego typu osiedle zostało wysadzone w powietrze w 1972 roku, mimo że parę lat wcześniej zyskało tytuł najlepszego obiektu architektonicznego w kraju. Bo się okazało, że nie chcieli w nim mieszkać już nawet nielegalnie przebywający przestępcy i wszelkie najgorsze szumowiny, jakie mogą być w Stanach Zjednoczonych. Wykorzystywali tylko tę przestrzeń jako bazę rozwoju działalności kryminogennej.

Świat zrezygnował z modernizmu?
Niby nie, ale tak naprawdę myśl modernistyczna umarła na świecie w 1972 roku. Niestety, w Polsce się kontynuowała i co gorsza wciąż się kontynuuje. Niepojęta jest dla mnie niezwykła żywotność tej doktryny. Oferując bardzo uproszczone, prymitywne pojmowanie człowieka, twórczości i świata, zdominowała architekturę przez 90 lat (z małymi przerwami). Zamordowała (przynajmniej na pewien czas) kilka o wiele kreatywniejszych awangard i ciągle kładzie się upiornym i groźnym cieniem na współczesności (szczególnie w Polsce). Niepojęte jest też dla mnie bezustannie funkcjonujące, a kompletnie błędne utożsamianie pojęć „nowoczesny”, „współczesny”, „kreatywny” z doktryną modernistyczną. Co najmniej od 70 lat wymienione kategorie do modernizmu już się nie odnoszą. Dzisiaj (powiedzmy od lat 80.) pojęcia „nowoczesny”, „współczesny”, „kreatywny” znaczą: „tolerancyjny”, „otwarty”, „wieloraki”, „poszukujący”, „niestabilny”, „wrażliwy”, „niejednoznaczny”, „wątpiący”, „indywidualny”, „nieagresywny”, „etniczny” oraz wyczulony na cywilizacyjne dziedzictwo kulturowe i dziedzictwo przyrodnicze (ekologia, aż do znudzenia). Żadnej z wymienionych kategorii nie zawiera w sobie doktryna modernistyczna. Modernizm to gra na bębnie – współczesność to gra na skrzypcach. Kto ma grube paluchy, niech idzie kopać doły i nie bierze się za gmeranie w kulturze.

Tak naprawdę myśl modernistyczna umarła na świecie w 1972 roku. Niestety, w Polsce się kontynuowała i co gorsza wciąż się kontynuuje

Ale wracając do Łodzi: uważam, że tak zwane apartamentowce na Olechowie są po prostu okropnymi gniotami, takimi jak budynki z wielkiej płyty, tylko że robione w innej technologii budowlanej. Rozwijanie tych osiedli przyniosło jeszcze gorszy skutek niż tylko sama ohydna przestrzeń, mianowicie było antidotum na inwestowanie środków w dogęszczanie miasta, w związku z tym Łódź wygląda jak dziurawa gąbka. Centrum ma pełno dziur, które można by poplombować. Budując następne osiedla, ciągle trzeba doprowadzać drogi, instalacje, potem trzeba będzie doprowadzić tam linie autobusowe czy tramwajowe. Obsługa miasta, które jest rozszerzone, a nie zwarte, jest droga. Łódź jest więc miastem drogim. W dodatku jak się inwestuje w drogi za Hetmańską na Olechowie, to już tych pieniędzy się nie zainwestuje w centrum. Poza tym wyprowadza się ludzi z centrum do tamtych mieszkań, co oznacza, że centrum będzie pustoszało i niszczało, a jeśli ono ulegnie zniszczeniu, to miasto nie będzie miało tożsamości, zginie i będzie nijakim przestrzennym bałaganem. Katowice, Gliwice czy Chorzów to są wstrętnie zdezintegrowane przestrzenie, niestety trzeba powiedzieć, że Warszawa również. Nie została odbudowana zgodnie z przedwojennymi założeniami i jest chaotyczną przestrzenią. Ten proces trzeba odwrócić.

Jeśli chodzi o modernizm w Łodzi, to denerwuje mnie to, że nadal jest wielu jego zwolenników, którzy chcą niszczyć centrum, wysławiają pod niebiosa ohydne osiedla i chcą budować następne, nadal zaniedbując centrum, niszcząc jego zabytki i pozbawiając Łódź tożsamości. Ludzi, którzy to robią, uważam za jakiś koszmarnych, archaicznych i nieodrodnych synów modernizmu w jego najgorszych przejawach, czyli inaczej mówiąc, posługując się językiem studentów, za falę bezprzykładnej bolszewii. Uważam, że w dzisiejszych czasach bolszewia nie ma racji bytu ani w Łodzi, ani w Polsce, ani nigdzie na świecie.

blok mieszkalny

ulica z samochodami

osiedle

brukowana ulica

stare małe okna

podwórko przy bloku

szary blok mieszkalny

szczyt bloku mieszkalnego

ostatnie piętro bloku

widok całego bloku z podwórkiem

ulica pomiędzy blokami

uliczka brukowana