Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Jan Garncarek jest absolwentem wydziału wzornictwa warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Studiował także na Politechnice w Mediolanie w klasie Michele de Lucchi i Andrei Branzi. Swoją pracownię założył w 2017 roku po pracy w warszawskim studiu projektowania przemysłowego Towarzystwa Projektowego. W jego portfolio znajdują się lampy, stoły, krzesła i przedmioty dekoracyjne. Koncentruje się na szlachetnych materiałach i dopracowanych detalach. Jana reprezentują starannie wyselekcjonowane galerie w Europie i USA. Wszystkie produkty, które tworzy, powstają w sposób nieprzemysłowy, przy użyciu uszlachetnionych materiałów. Indywidualne podejście do każdego szczegółu gwarantuje najwyższą jakość i niepowtarzalność każdego egzemplarza. To właśnie proces twórczy jest tu istotny: Jan na każdy obiekt patrzy, jak na coś, co niesie za sobą historię. W naszej rozmowie nie zabraknie właśnie tych historiach, dywagacji o estetyzacji przestrzeni, jak i refleksji o współczesnych gustach.

Kasia Księżopolska (MAGAZIF.com): Zacznę od ważnego i zarazem zapewne trudnego pytania. Opowiedz mi proszę, jak to się stało, że robisz dziś to, co robisz.
Jan Garncarek: Faktycznie to jest bardzo długa droga i ciężko powiedzieć, w którym momencie to się zaczęło.

To może inaczej. Pamiętasz kiedy design zaczął wplatać w swoje życie, albo czy możesz sobie przypomnieć jakiś pierwszy moment, kiedy to było?
Zawsze u mnie w domu robiono przedmioty. Moja matka miała szwalnię – projektowała i robiła ubrania. Mój dziadek robił zaś meble i zawsze, czyli od najmłodszych lat zaciągał mnie i mojego brata do swojego warsztatu w garażu, żeby wspólnie pobyć i coś porobić. I w sumie cały czas było to bodźcowanie i gdzieś utkwiło mi w głowie, że przedmioty po prostu się wytwarza. Jak czegoś brakuje, można to zrobić samemu. Potem oczywiście podjąłem studia kierunkowe na warszawskiej Akademii, semestr spędziłem też w Mediolanie. Mówiąc oględnie, robienie tych przedmiotów było dla mnie czymś oczywistym. Mniej oczywistym natomiast był kierunek samego projektowania i tego, jak wyrażać siebie. Bo też gdzieś, mimo wszystko, czułem się trochę artystą. Muszę przyznać, że niekoniecznie to wzornictwo przemysłowe leżało mi tak jak powinno, a na studiach czułem się jeszcze trochę zagubiony. Myślę, że kluczową rolę odegrała Ewelina Mąkosa, moja obecna narzeczona. Jest świetną artystką i zawsze wyciągała mnie na jakieś wyjazdy. Dużo zwiedzaliśmy i sporo zobaczyliśmy świata. Chyba takim przełomowy wyjazdem była Barcelony w 2014 r., gdzie zobaczyłem prace wnętrzarskie jednego z hiszpańskich architektów. Lazaro Rosa-Violan to jest fenomenalny człowiek. Tworzy postmodernistycznie, zupełnie nie przejmując się swoją epoką, a w dodatku czerpie ze wszystkich możliwych stylów, splata je, tworząc nieraz surrealistyczne wnętrza, ale przy tym naprawdę niezwykłe i wysmakowane. Nie ma tam kiczu ani zadęcia, choć potrafi np. złożyć w gablotach szkielety z różnych rodzajów zwierząt, tworząc dziwną hybrydę.

Dzięki niemu zdałem sobie sprawę z tego, że można podążać własnym kierunkiem. Bo w trakcie studiów musiałem swoje ambicje i nietypowe pomysły zdusić. A tutaj nagle okazało się, że można robić rzeczy po swojemu, a nawet z tego żyć i być uznanym w świecie projektowania.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Jan Garncarek w swojej pracowni, fot. Ewelina Mąkosa

Dla Ciebie wydaje mi się ważny jest obiekt jako on sam, ale ma on – tak jak zresztą powiedziałeś – to coś więcej, co wykracza poza przedmiot użytkowy. Bo widząc lampy, czy jakikolwiek Twój projekt to nie jest tylko lampa, tylko to jest de facto coś, co jest biżuteryjne, ozdobne, coś co chcemy mieć i co zdaje się chciałoby się kolekcjonować.
Wszystko bierze się stąd, że jak coś projektuję, zastanawiam się, jaki ten przedmiot powinien być, jak bym chciał z nim obcować, co czuć, kiedy go dotykam, co myśleć, kiedy na niego patrzę… To nie jest bez znaczenia. Przedmioty mają na nas silny wpływ, dookreślają nas, wprawiają w nastrój. Jeśli nasze życie ma być uporządkowane, harmonijne, to przedmioty, którymi się otaczamy też powinny być solidne i trwałe. Powinny oddawać nasz stan ducha, albo przynajmniej nas inspirować.

Taki przedmiot powinien być alegorią naszego życia. Dlatego tak bardzo dbam o życie wewnętrzne moich obiektów i zapewniam, że jest równie magiczne co ich zewnętrzny kształt. W lampach wszystkie elementy są frezowane z pełnego mosiądzu albo marmuru. Starannie dobieramy komponenty, dbamy o każdy szczegół co do najmniejszej śrubki. Zależy mi by użytkownik po odkręceniu rozety odkrył świat podobny, jak w przypadku otworzenia starego zegara, którego mechanizm często wydaje się być piękniejszy niż jego obudowa. Nawet jeśli nie widzimy na co dzień tego wnętrza to silnie działa na nas świadomość jeśli wiemy jak solidnie został wykonany przedmiot, z którym obcujemy.

Kontrą do takiego podejścia jest to, czego nie lubię w ogólnodostępnym współczesnym wzornictwie: chodzi o to, że otwieram jakąś lampę czy jakiś inny przedmiot i w środku jest po prostu wszystko po taniości, połatane, lub wykonane z produktów, które coś udają, np. powłoki mosiężne, pomalowana imitacja. To jest koszmar, fasadowość, oszustwo. Kiedy patrzę na mosiądz, to chcę wiedzieć, że to jest mosiężne, że ma swój ciężar. Ma nawet zapach, czy ulega spatynieniu po jakimś czasie.

Bo projekty muszą się pięknie starzeć.
Dlatego jakość i taka prawdziwość materiału jest ważna.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Oświetlenie Jana Garncarka w projekcie Colombe Studio, fot. Ernest Wińczyk

A jak już mówimy o materiale, to masz swój ulubiony? Czyżby był to mosiądz? (śmiech)
No tak. Mosiądz (śmiech). Ale to też nie jest tak, że całe życie chcę robić rzeczy z mosiądzu. Zdaje mi się, że takim trudem tego zjawiska jest to, że jak zrobiłem pierwsze lampy z mosiądzu, to potem już klienci oczekiwali ode mnie kolejnych mosiężnych lamp. Teraz próbuję to przełamać, bo też uwielbiam kamień. Uwielbiam drewno, uwielbiam nawet stal, która też inaczej się zachowuje.

Zwłaszcza, że z każdym materiałem pracuje się inaczej, więc można oczekiwać różnych efektów, a przez to również komercyjnie patrząc dotrzeć do różnego odbiorcy. Bo umówmy się, że no właśnie często tak udane debiuty powodują później, że oczekujemy po pierwsze wyżej podniesionej poprzeczki, ale często na podobnym produkcie. Dobrze myślę?
Tak. Przede wszystkim ważne jest, by się rozwijać i eksplorować różne możliwości. Teraz trochę eksperymentuję ze szkłem – też fajnie jest wejść w materiał, którego się do końca nie zna i trzeba przejść całą drogę od początku. Materiał i sposoby jego obróbki bardzo inspirują, ale trzeba się ich nauczyć. Poznać tajniki, dotknąć go własnymi rękoma, zobaczyć jak coś jest robione. Znaleźć granice możliwości i spróbować je nagiąć.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rzecz jasna z jakąś hutą.
Tak, samemu raczej trudno jest działać ze szkłem. Potrzebne byłby dość duże środki, żeby zbudować piece. Ostatnie doświadczenie mam z naszym polskim Krosnem. Robiłem tam dość duże elementy. Oglądałem, jak przebiega cały proces i gdzie pojawiają się problemy i jak się je rozwiązuje. Z początku miałem duże nadzieje, że w Murano uda mi się zaczepić. Pojechałem tam specjalnie, odwiedziłem cztery huty. Tylko z Włochami jest taki problem, że zawsze są uśmiechnięci i pomocni. Mówią, że nie ma problemu. Chętnie dają kontakty. A ja z entuzjazmem podchodzę do każdego projektu. Pamiętam, jak z Eweliną pisaliśmy do nich po spotkaniach już konkretnie, żeby rozpocząć produkcję kloszy, których potrzebowaliśmy. I pomimo że napisaliśmy tego maila po włosku, to nie otrzymaliśmy odpowiedzi.

Słyszałem o tym od innych projektantów, że jest ta wyraźna bariera. Włosi nie są tacy łatwi we współpracy.

Tak, oni się trochę swoich patentów boją sprzedawać dalej. Bo chyba z włoskimi manufakturami jest często tak, że czy pozyskanie materiału, czy nawet obicia na kanapę może być problematyczne, bo oni nie bardzo chcą innych do siebie wpuścić. 
Raczej promują własnych projektantów. Jest to oczywiście zagłębie produkcyjne ciągle oparte na dobrym rzemiośle, ale trudno jest z zewnątrz od nich coś pozyskać do własnych projektów czy produktów. Pamiętam jak moja matka opowiadała mi jak miała szwalnię i też zamawiała materiały z Włoch, to zawsze przysyłali coś innego.

Nie chcę też ulegać stereotypom i jakoś tego narodu oczerniać. Po prostu mamy takie, a nie inne doświadczenia. Nie zmienia to faktu, że to jest piękny kraj i odwiedzamy go rokrocznie z Eweliną – tam się też poznaliśmy na wymianie studenckiej w ramach programu Erasmus. Mamy tam wielu znajomych. Nawet zastanawialiśmy się, czy z czasem się tam nie przenieść, tylko właśnie, żeby jeszcze mieć tę pewność, że ta produkcja gdzieś tam ruszy.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

A czym zajmuje się Ewelina?
Jest doktorem sztuki, ale nie lubi, jak ją tak przedstawiam. Myślę jednak, że jak ktoś włożył tyle wysiłku w swój rozwój, to powinien się tym cieszyć, zwłaszcza za granicą. Ewelina jest niezwykła kobietą, o ogromnej wrażliwości artystycznej. I to jest to co łączy nas najbardziej. Nasze życie prywatne przeplata się z zawodowym. Razem też tworzymy firmę. Oczywiście sprzedajemy mój design pod szyldem Jan Garncarek Design, ale tworzenie firmy i idei projektowej to znacznie więcej obowiązków niż sam design. W procesie twórczym myślę, że nie było żadnego mojego projektu, którego ona by wcześniej nie zaopiniowała. Czasem słyszę, że coś nie przejdzie, albo że trzeba coś jeszcze poprawić. Nie zawsze się zgadzamy, ale zawsze cenimy swoje wzajemne uwagi. Ja natomiast często opiniuję je twórczość artystyczną. Kiedyś nawet zderzyliśmy nasze światy i mamy wspólny produkt, jakim jest parawan. Ewelina jest odpowiedzialna za malowane płótna, które oprawiłem w mosiężnych ramach.

Po doktoracie droga artystyczna Eweliny poszła w innym kierunku. Też jest ciekawe, że ona już robi coś innego i ciężko czasem jest zaadaptować jej sztukę na cele użytkowe. Tym bardziej, że ta sztuka rzadko bywa estetyzująca i porusza zupełnie inne kwestie naszego życia.

A co to dokładnie jest?
Instalacje, malarstwo.

OK. No tak, ale tu dochodzimy do tego, czy wszystko, co powstaje, musi być naprawdę piękne i pozytywnie estetyzujące? Bo mi się wydaje, że my sobie staramy zawsze estetyzować przestrzeń, estetyzować nasze życie, bo i takie mamy – wizualne – czasy. Ale ja uważam, że gdzieś, kiedy coś jest prawdziwe, to nie musi być piękne.
Albo często coś, co nie jest piękne na pierwszy rzut oka, może mieć w sobie ukryte piękno. Przykładem są przestrzenie po naszych dziadkach, rodzicach. Jest dużo rzeczy, które potrafimy darzyć sentymentem, które obiektywnie są paskudne, ale z jakiegoś powodu zostawiamy sobie jakiś przedmiot, który budzi jakieś emocje. Na dobrą sprawę to przecież przedmiot składa się z nacechowania emocjonalnego, jest takim zbiorem pewnych skojarzeń, doświadczeń. Jak patrzymy na jakiś materiał z daleka, to wiemy już, czego możemy się spodziewać. Tak. Mosiądz jest gdzieś…

Pomiędzy?
Pomiędzy, ale w tych przedwojennych domach to zawsze mieliśmy okna z mosiężnymi gałkami i to uważano za lepsze.

Ale jednocześnie pamiętaj, że pokolenie naszych rodziców w jakiś sposób starało się odżegnać niekiedy od takich rzeczy. Stąd na potęgę królują plastikowe okna.
To jest chyba takie zachłyśnięcie się nowoczesnością.

A przez nie właśnie mamy niejeden case niedopasowania stylistycznego. Przykład? Kościół w sidingu. Koszmar. Widziałam taki na jednej z wsi kiedyś, z dobre dziesięć lat temu, jak pojechałam na ślub. I to jest właśnie pokazanie, jak materiał niekoniecznie może grać z miejscem.
Myślę, że największym problemem jest to, gdzie człowiek uczy się tej wrażliwości estetycznej. I teraz zwykle jesteśmy zalewani gazetkami z marketów, w telewizji też nie pokazuje się raczej dobrego wzornictwa. W podręcznikach szkolnych też nie. A wzorem sukcesu i dobrobytu jest polski dwór. Dlatego ludzie budują sobie dworki, stawiając kolumny z rur hydraulicznych. Jest to duże nieporozumienie i w takich momentach widać brak tej edukacji.

No tak, wiesz, jesteś moim kolejnym rozmówcą, który o tym braku edukacji mówi. Bo według mnie estetyka rozwija się w człowieku, tak samo jak każda inna dziedzina. Tak jak się uczysz polskiego, uczysz się matmy, tak samo rozwijasz swój gust i teraz pozostaje pytanie: na jakiej bazie masz go rozwijać, skoro właśnie otacza Cię… no właśnie, co?
Bardzo wiele lat temu spotkałem sytuację trudną. Mój sąsiad robił renowację segmentu przedwojennego, ulokowanego tuż obok. To jest przedwojenny budynek – tak samo jak ten, w którym sam mieszkam i który budował mój pradziadek jeszcze przed wojną. Sąsiad jednak pozbawiony sentymentów wyburzył segment totalnie, zostawiając jedynie fasady, usunął wszystkie okna. Nawet architekt, który tam działał, zabrał część do siebie część oryginalnej drewnianej stolarki. W zamian powstają plastiki i jest to słowem koszmar. Zwłaszcza dobudowana plastikową oranżeria. Romantyczny ogród z piaskowca został totalnie zniszczony. Kiedy zobaczyłem podczas prac budowlanych, że wywożą piaskowiec do kontenerów, sugerowałem: Przepraszam, macie bliżej do mnie do ogrodu, przerzucajcie przez ogrodzenie, bo ja to biorę w ciemno, jak leci. Długo zastanawiałem się, co tknęło sąsiada i skąd te zmiany, bo pomimo, że ten mężczyzna wydaje mi się wykształconym człowiekiem i może nawet z jakąś wrażliwością, to zdaje się, że on chyba chciał zapomnieć o świecie swoich rodziców, którzy mieszkali w tym domu przed nim. Tym samym zrobił sporą wyrwę w moim sentymentalnym świecie i nie poznaje krajobrazu, który widzę z okna.

I możliwe, że zrobił to poprzez nową aranżację przestrzeni?
Tak, ale bez wyczucia. Za dużo pojawiło się plastiku. Nawet lampki imitujące żeliwne. Być może jest bardziej technicznym człowiekiem, ale no właśnie fakt, że nie udało nam się porozumieć i nie miał tej przestrzeni, żebym mógł mu wytłumaczyć, jaką co posiada wartość. Bo w Warszawie posiadać taką nieruchomość z takim ogrodem – to się już nie zdarza. I teraz jest o jeden ogród mniej. Przykre.

Przykre, kiedy masz tego świadomość. Ale właśnie tak widzę, że niekiedy jest tak, że ludzie po prostu nie mają tej wiedzy, nie żałują czegoś, czego wartości nie znają. A jak już rozmawiamy o tych przedmiotach i ich wartości, to pomówmy o Twoich projektach, opowiedz mi coś o nich.
Myślę, że każda lampa ma swoją historię. Teraz skończyliśmy taki duży projekt. To jest bardzo ciekawa realizacja, bo odbyła się w Polsce, w Warszawie. Do tej pory miałem niewielu klientów z kraju. Przeważnie wszystko wysyłamy do Stanów Zjednoczonych i czasem też w Europie, mamy też sporadyczne sprzedaże do Hongkongu, gdzieś do Dubaju.

A czemu to idzie tak bardziej na rynek zagraniczny, a nie krajowo? Jak myślisz, co jest tego przyczyną?
Trudno powiedzieć w jednym zdaniu.

Bo produkt jest fajny, to czemu nie ma rynku zbytu u nas?
Myślę, że w Stanach ciągle funkcjonuje silna konsumpcja. Jest to takie centrum, gdzie ludzie jednak robią duże interesy, inwestują w sztukę, design. Mimo wszystko jest tam jakaś większa świadomość tego, co jest na rynku i ludzie, którzy kupują wzornictwo kolekcjonerskie doskonale wiedzą, jak ten rynek działa i że warto to robić. Europa jest trochę jeszcze skostniała i ludzie sporadycznie kupują sobie jakieś obiekty, ale wolą chyba inwestować bardziej w sztukę niż we wzornictwo. Takie mam wrażenie.

O ile w ogóle. Bo to sztuka. Też tak jak rozmawiam np. z osobami, które się nią trudnią, to mówią, że oczywiście jest jakiś wąski procent, powiedziałabym, Polaków, którzy upatrują w sztuce inwestycji. Te dzieła się co prawda sprzedają, oczywiście na aukcjach itd. Natomiast jakby ludzie nie zawsze widzą w czymś wartość… Raczej jeżeli mieliby wybór, to wydaje mi się, że zainwestowali by raczej w nieruchomości niż w sztukę, albo kupiliby sobie klasyczne złoto. I chyba znowu jest to, o czym my mówimy – o tej edukacji. My nie mamy wiedzy… no bo co się robi w szkole, na plastyce, malujesz pod muzykę, robisz jakiś temat, a de facto nie masz wiedzy z historii sztuki, np. żeby wiedzieć, że dane dzieło może być już tak nazywane.
Ja akurat dwa razy trafiłem na bardzo fajnych nauczycieli plastyki w podstawówce, potem w gimnazjum. Uczyliśmy się rysowania perspektywicznego. Wdrożenie do świata sztuki współczesnej też mieliśmy. I też był to taki pierwszy sygnał, że coś tam się dzieje ciekawego, że warto się tym zainteresować. Jeśli dobrze pamiętam, w podstawówce mieliśmy narysować zmultiplikowany jeden przedmiot. Zrobić z tego konstelację, strukturę. Dla dzieciaka to było takie: wow, coś się dzieje. Robimy rzeczy, które poruszają już takie abstrakcyjne myślenie. I to było fajne, stymulujące. Ci nauczyciele to, byli ludzie, którym mimo wszystko zależało na tym, żeby czegoś innych nauczyć. A przede wszystkim wykazywali się wrażliwością i rozumieniem sztuki. I to jest chyba najważniejsze.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Galerie Philia

Bo wiesz, na przykład plastyka, muzyka to są przedmioty, które się zawsze traktuje trochę po macoszemu. Coś pomiędzy wuefem a resztą. A przecież wiele można się na nich nauczyć. To jest właśnie kwestia i tego, jak my byśmy chcieli zmieniać edukację w jakiś sposób.
No tak, to jest prawda.

Jak rozmawiam z architektami, to słyszę często, że chcieliby pracować na dużych budżetach, ale ludzie, nawet jak decydują się na współpracę, to na czymś oszczędzają, np. na oświetleniu. To jest świetny przykład.
To prawda. Chociaż mam wrażenie, że każdy ma potrzebę posiadania jakiegoś wartościowego przedmiotu. Bardzo dużo stolarzy mówi, żeby mieli zamówienie na stoły dębowe. To jest taka ikona, że w domu musi być dębowy stół. Ceny drewna poszły do góry w ostatnie dwa lata, na co wpłynęła np. wojna w Ukrainie, Więc kiedy wspomniane ceny tych stołów dębowych poszły horrendalnie do góry, to klienci byli zdziwieni, że jak to może tyle kosztować? Przecież zawsze były takie powszechne. Czasy się zmieniły i ten stół dębowy stał się czymś droższym i mniej dostępnym. Warto jednak nakierować ludzi, że we wnętrzu nie liczy się tylko ten dębowy stół i wzornictwo użytkowe ma znacznie więcej do zaoferowania iże we wnętrzu może być dużo innych obiektów, świadczące o osobowości lokatora. Jest cała paleta barw, z której można korzystać. W Polsce mamy piękną kulturę mebla. Myślę nawet, że takim współczynnikiem, który pokazuje, jak bardzo jest rozwinięta kultura w jakimś kraju, społeczności jest szeroko rozumiana interdyscyplinarność. Weźmy np. lekarza, który właśnie otacza się w swoim domu wzornictwem kolekcjonerskim, chodzi na koncerty, czy jest obeznany w sztuce. Wykorzystuje to co najlepsze z dorobku innych dziedzin życia niż z tylko z tej zdeterminowanej przez swój zawód. W podobny sposób próbuje zarazić swoją dziedziną własnego ojca, który jest profesorem uniwersyteckim. Uczy języka polskiego jako obcego. Zawsze jak jest okazja czy są to urodziny, czy święta, to wspólnie z Eweliną obdarowywujemy go przedmiotami, które mogłyby go dookreślić. Ma już w swojej kolekcji mosiężny długopis, pieczęć z własnym ex libris, czy współczesny obraz Eweliny.

Istnieje też takie zjawisko, że jak coś drożeje, to ludzie kupują coś równie niby cennego, ale mniejszego. Przykładem jest damska pomadka na przykład, bo się ją wyciąga w przestrzeni publicznej. Kobiety poprawiają na przykład makijaż w łazience, więc pokazują np., że mają szminkę Chanel, mimo że np. na torebkę już ich nie stać. I teraz czy widzisz podobną relację do przedmiotów, że ludzie kupią dobre wzornictwo na mniejszą skalę, bo mimo wszystko jest tańsze? Bo jest mniej materiału, mniej czegoś? Czy to tak nie działa?
Ciężko powiedzieć. Z tego co widzę w pierwszej kolejności w Polsce, człowiek zbiera na nowy samochód, a potem na całą resztę. Oczywiście żartuję. Ja też mam dość nietypowych i niestandardowych znajomych, którzy na wzornictwie się znają i nim otaczają. Głównie ze względu na swoje zawody kreatywne. Trudno mi też tak jednoznacznie mówić, jak to wygląda w przypadkach ludzi, niezwiązanej z branżą. Czasem jak bywam u bywam u znajomych z innych branży, to wyczuwam, że wzornictwo i jego jakość nie jest aż tak istotne w ich życiu. Albo ich wizja wzornictwa wykreowana jest na podstawie okładek magazynów sieciowych sklepów z wyposażeniem wnętrz. Jest taka anegdotka mego przyjaciela, który opowiadał mi, że jego znajomi urządzili sobie dom w stylu paryskim i bardzo chcieli mu to pokazać. Kiedy w końcu ich odwiedził, już na wejściu przywitała go tapeta z wieżą Eiffla i jakieś poduszki I love Paris…

To jest doprawdy bardzo dosadne potraktowanie tematu. No właśnie to rodzi moje kolejne pytanie, czy my jako Polacy potrafimy bawić się konwencją? Bo to, co jest przykładem, pokazuje, że zupełnie nie. Mi się wydaje, że my raczej odczytujemy wszystko dość dosłownie, czyli jak jest minimalizm, to ludzie pozbywają się wszystkiego. W sensie takim, że masz po prostu proste ściany i wygląda to tak, jakby nikt tam nie mieszkał. Miewam wrażenie, że polskie wnętrza nie mają tej eklektyczne nuty, którą my byśmy chcieli widzieć, bo pozorna przypadkowość elementów jednak sprawia, że ta przestrzeń staje się jakaś.
Tak, ja też myślę, że największym takim problemem jest w takich wnętrzach to, że człowiek nie poszukuje czegoś oryginalnego, czegoś autentycznego – mam na myśli coś, co przełamie albo pokaże prawdę o tej przestrzeni. Kiedyś poznałem taką świetną projektantkę, panią Aleksandrę Laskę, która też mocno mi kibicowała i zresztą zachęciła mnie do działań, kiedy pokazałem jej wizualizację jednej lampy, którą dziś mam w katalogu. Powiedziała, że koniecznie muszę ją wykonać. I to dodatkowo mnie zachęciło, żeby zacząć w ogóle działać w kierunku. Co zrozumiałem, patrząc na jej projekty, to to, że ona zawsze w tych projektach umieszcza jakiś obiekt, który skalą niemal rozsadza wnętrze, albo dokonuje jakiejś komplikacji, która powoduje, że odbiorca tego wnętrza nie jest w stanie przypisać do czegokolwiek, co zna z wcześniejszych doświadczeń. Czasem jest to ogromna stalowa kula w salonie, a czasem bateria łazienkowa w kształcie długich rur wiszących z sufitu. To zapada mocno w pamięć. Wybija się z szablonowego myślenia. Ekscytuje, bo musi podjąć próbę, żeby jakoś rozeznać się w nowej sytuacji, zrozumieć, co się dzieje w tym nietuzinkowym wnętrzu. I tym Pani Aleksandra wygrywa chyba swoje projekty.

No tak, element zaskoczenia to my w sztuce czy też literaturze ceniliśmy już dawno. I tak samo wydaje mi się, że dzisiaj dobry projekt to taki, którym powinniśmy nieco zadziwiać odbiorcę.
Tak, ja staram się wychodzić w pewien sposób poza szablonowe myślenie. Nie zawsze to się udaje, bo jednak klient zamawiający oświetlenie chciałby, żeby lampa dawała światło. A nie wszystkie moje lampy mają takie światło funkcjonalne – część ma tylko światło dekoracyjne. Dla mnie jest bardziej istotne, bo to światło wydobywające się z obiektu i to padające na jego otoczenie też jest elementem projektu.

Z tym, że jednak światło to jest trudny temat. Bo np. nie mamy kierunku projektowanie światła. W Polsce nie ma wykształconych kierunkowo projektantów światła, a np. w samym Londynie jest ich paruset.
Tak. Nawet mam koleżankę, która właśnie żyje w Londynie i jest projektantem oświetlenia. Jak przyjechała do Polski pracować i zatrudniają ją architekci, to nawet nie wiedzą, czym się dokładnie zajmuje i myślą, że ona będzie projektować teraz jakieś indywidualne oprawy oświetleniowe. Tymczasem jej zawód głównie opiera się na modelowaniu samego światła, dopasowaniu odpowiedniej ilości lumenów, jego barwy, wydobywaniu za jego pomocą wybranych elementów architektury, itd.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

I tak samo masz przecież wiesz np. z zapachem. My tu nie mówimy o tym, że powinniśmy otaczać się miejscami, które są dla nas dobre. A tymczasem są ludzie, którzy pomijają np. miękkie, nastrojowe oświetlenie, bo biorą tylko funkcyjne na przykład, żeby im oświetlało blat roboczy w kuchni, a w roli oświetlenia miękkiego jest listwa LEDowa pod blatem roboczym.
Wymaga to jednak jakiegoś wyczucia. Pamiętam, że w domu miałem albo lampki zapalone punktowo, albo światło, które się używało do szukania rzeczy. Jak ktoś coś zgubił, to się zapalało główne światło. Ostre halogenowe na cały teren pokoju, raczej nieprzyjemne. Czysto funkcyjne.

A to tworzone przez Ciebie jest dekoracyjne, z pogranicza sztuki.
Ja myślę, że w ogóle lampy są takim wdzięcznym tematem, bo mimo wszystko, kiedy już faktycznie dzielimy wnętrze na to światło funkcjonalne i mamy systemy z jakimiś ukrytymi oprawami, które są dość minimalistyczne, to lampa, która ma drugą funkcję, bardziej miękkiego ambientowego światła, staje się troszeczkę taką domową biżuterią. Jako projektant mogę tutaj trochę poszaleć. Lampa często dominuje wnętrze i jest podstawą do tworzenia atmosfery. Zwłaszcza jeśli ma być nietypowa. Można zagrać geometrią, która coś sobą wyraża. Bawić się środkami wyrazu artystycznego. I to jest drugi powód, dla którego projektuje głównie lampy. Chociaż nie ukrywam, że to powoli nie wystarcza i mam bardzo dużo projektów mebli, które mam nadzieję w najbliższym czasie zrealizuje. Do tej pory mam ich na koncie niewiele. Ale te, które udało się zrealizować, cieszą się powodzeniem, jak parawan, o którym już wspomniałem, stół CBS na nogach z przedwojennego betonu, kadzielnicę, czyli pokaźnych rozmiarów stojaki na kadzidła, pokazywany na ostatniej wystawie w Mediolanie. To był taki obiekt konceptualny, który stworzyłem razem z Eweliną. Użyliśmy nietypowej technologii pokrywania obiektu piaskiem. Którą stosuje się głównie w odlewnictwie, jako jeden z przejściowych procesów. Do stworzenia kadzielnicy użyliśmy starych form do robienia kielichów mszalnych. Co odpowiadało na temat przewodni wystawy, jakim była desakralizacja. Temat został zainspirowany przestrzenią, w której odbyła się wystawa. Był to stary kościół XVIII w., który został przekształcony w salę gimnastyczną, a teraz służy jako przestrzeń wystawiennicza. To jest właśnie dobry przykład myślenia out of the box, które tak cenię sobie w projektowaniu. Sam w sobie budynek był bardzo inspirujący. Bardzo lubię dawne budownictwo, to szalenie inspirujące jak nie wiem, czego możemy spodziewać się we wnętrzu takiej architektury. Wszystko kiedyś było kiedyś szyte dość intuicyjnie i według bieżącego dość indywidualnego upodobania budowniczego, czy rzemieślnika. Kiedy wchodzimy do takiej przestrzeni, możemy napotkać np. drzwi w jakichś nietypowych wymiarach, jakieś okna pomiędzy pomieszczeniami, zakamarki. Takich właśnie rozwiązania, które pobudzają naszą wyobraźnię, zmuszają do badania i próby wyobrażenia sobie struktury pomieszczeń. W naszej Polskiej rzeczywistości jednak spotykamy się częściej z sytuacją, gdy wchodzimy do jakiegokolwiek budynku, urzędu, sklepu i wszystko jest takie samo.

Widać tu chyba chęć standaryzacji. Też mi się tak wydaje, że dzisiaj, że w ogóle w wielu obszarach to pojęcie standaryzacji jest takie mocne i przez to rozumiem to, że mamy przepisy, normy. I możemy tym wytłumaczyć, że centra logistyczno-dystrybucyjne wyglądają tak, a nie inaczej, bo muszą spełniać normy bezpieczeństwa. Natomiast tak, oczywiście, ma to na pewno swój urok, że gdzieś tam widać rozwiązania, które wymyślił człowiek, a nie przepis. Ja bym tak powiedziała.
Oczywiście to bardzo utrudnia niektóre sprawy. Mam znajomego, który tworzy gorzelnię w Żyrardowie i też stworzył jakieś wnętrze, już zaczął to urządzać i oczywiście mamy szereg przepisów przeciwpożarowych i pomimo pewnej logiki, że to wszystko jest bezpieczne i jest duża dbałość o to, żeby nie było tam żadnych incydentów, to oczywiście ekspertyza, która się musi konkretnie zmieścić w rubrykach. Kazali mu przemalować część rzeczy, zmienić układ drzwi.

Idziemy w kierunku zmasowienia. Ale idziemy w stronę statystyki. To znaczy statystyka to też jest to, że my z psem mamy po trzy nogi. To, co zawsze powtarzam. I tak samo musimy uśrednić pewne rozwiązania, które mają de facto na celu w statystycznej większości wypadków gwarantować bezpieczeństwo. Nie zawsze pod kątem logiki, bo nikt nie będzie analizował jednostkowego przypadku. Człowieka nie ma. Uśredniamy też pewnie rozwiązania we wnętrzach. To jak je ożywiać? Na przykład obiektami?
Tak, zdecydowanie. Ale też ja zawsze zachęcam ludzi, żeby sami rozwijali swoje zdolności rzemieślnicze i próbowali tworzyć swoją własną przestrzeń i wyrażać samego siebie i odnaleźć też ten pierwiastek artysty. Bo też to rzemieślnictwo idzie to w parze z takim artystycznym zacięciem.

No i rzemiosło podobno powraca.
Rzemiosło wraca, ale niestety nie w takim samym wymiarze. Bardziej w tym wymiarze artystycznym i luksusowym. Odbiorcą takiego rzemiosła nie jest już sąsiedzi zakładu i okoliczna ludność, tylko klient, który ma na to środki finansowe. Świadomy kunsztu tej usługi.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ewelina Mąkosa (pracownia)

Zmieńmy jeszcze temat: jak tworzysz swoje obiekty, aby były trwałe?
To zależy od lampy, którą produkuję. W ostatniej kolekcji w lampie Zodiak używam nawet stalowej wstawki przyspawanej do mosiądzu, aby usztywnić konstrukcję przy jej samym mocowaniu sufitowym. Różne metale mają różne właściwości i staram się to wykorzystywać w swoich projektach. Cała lampa jest z zewnątrz mosiężna, ale żeby uzyskać tak wąskie, cienkie ramiona o tak dużej rozpiętości, musieliśmy znaleźć optymalne rozwiązanie. Zwłaszcza że na zakończeniach mamy szklane klosze w kształcie szyszek. Zrobienie ich było dużym wyzwaniem. Elementy półkoliste to ręcznie wyrabiana blacha.

Jaka jest waga takiej jednej szyszki? Mniej więcej.
Myślę, że tak dwa kilo max ze szkłem. Ale trzeba przyjąć, że wisi na długim ramieniu oddalonym o 170 cm od punktu mocowania do sufitu. Ramię, na którym wisi pomimo tak dużego naprężenia, utrzymuje swoją sztywność i nie ma przeprostu. Nawet przewidziany jest duży margines wytrzymałości. Lampa się nie chybocze, sprawia solidne wrażenie. Ta wyrażeniowość jest szalenie ważna, zawsze podaje tutaj przykład zjawisk we współczesnym designie, których unikam jak ognia. Takim przykładem są klamki w plastikowych oknach. Po zamknięciu okna klamkę można jeszcze dogiąć w taki nieprzyjemny sposób. Materiał jest za słaby i poddaje się pod siłą ręki. Lubię rzeczy, które są solidne, które mają duży margines wytrzymałości. Ja też trochę jestem związany z takim środowiskiem strzeleckim, bo mój dziadek był trenerem polskiej kadry olimpijskiej w strzelectwie. Zresztą jego jako wychowanka była Eulalia Rolińska, mistrzyni olimpijska. Zawsze broń była obecna w domu. Ja też 9 lat byłem zawodnikiem w pistolecie. Broń ma coś w sobie takiego niesamowitego, że musi chodzić niezawodnie. Wszystkie elementy, są skrywane co do setek milimetra. I to jest taki przedmiot, który jak się trzyma, to czuje się jego solidność i powagę. Wiem, że jest to przedmiot niezawodny i zawsze chciałem, żeby przedmioty, które wykonuję, miały w sobie ten czynnik, tej niezawodności. Może nie żeby budziły grozę, jak broń, ale budziły podziw jako dobrze wykonany przedmiot.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Wnętrza apartamentu, fot. Ernest Wińczyk

Jak, jako projektant, o to dbasz?
Jest wstępne oszacowanie możliwości, ale odbywa się to głównie metodą prób i błędów. Bierzemy kawałek blachy, tniemy na jakiś kawałki czy płaskowniki i kładziemy docelowe obciążenie i obserwujemy. Ciężko to wyliczyć, bo materiał ma swoją wytrzymałość, ale też w tej wytrzymałości zachowuje swoją godność i odpowiednią sprężystość. Jest taki moment, gdzie materiał jeszcze wytrzymuje naprężenia, ale zaczyna już dziwnie pracować i czuć, że dochodzimy do granicy jego wytrzymałości. W lampie Zodiak powstał prototyp zrobiony ze stali, gdy zobaczyliśmy, że dobrze sobie radzi, był to sygnał, że możemy zejść jeszcze z grubości ramienia. Jak robiliśmy obiekt w docelowym materiale, to na szczęście udał się pierwszy egzemplarz. Nie trzeba było go robić jeszcze raz i wisi teraz u klienta.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Czyli mamy mosiądz, o którym mówiliśmy na początku…
Mosiądz, kamień, szkło. Z mosiądzem przyjemnie mi się pracuje i też na różnych płaszczyznach go eksploruję. Ostatnio dużo robię odlewów. Też spawamy mosiądz, ale nie jest to materiał, który chciałbym dożywotnio obrabiać. Myślę, że jest wiele materiałów, które można kształtować na fajne sposoby. Teraz projektuję dużo w kamieniu, szkle i mam nadzieję, że niebawem w drewnie też będę miał więcej wdrożeń.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

 

W katalogu oglądamy np. stół, który ma mosiężny blat. Nie obawiasz się porysowań, zniszczenia? Czy to właśnie o to chodzi, żeby ładnie się starzał?
Ja bardzo lubię, jak materiał się starzeje, ma swoją historię. Też mam ten stół u siebie w domu i nawet badam, co się na nim dzieje. Poza tym nie każdy oczywiście to lubi. Mam też, choć bardzo rzadko pytanie od klienta, czy nie można mosiądzu czymś pokryć, jakoś zabezpieczyć przed patyną? No i oczywiście są bardzo dobre lakiery, ale to już nie jest to samo. Jak mam mosiądz, to chcę, żeby to był mosiądz.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ewelina Mąkosa

Mówi się, że to pierwsze sto lat jest kluczowe, a zarazem że to sto lat użytkowania, korozji jest bolesne dla przedmiotów. Bo widać każdą rysę, a później tak naprawdę właśnie to nabiera pięknego smaku, charakteru, niesie za sobą historię.
Ja myślę, że my w Polsce jesteśmy dość nietypowi, bo gdzieś jesteśmy ekspertami od tej patyny, bo mamy wokół siebie dużo tych przedmiotów, które ostały się po dziadkach, jakichś przedwojennych, wyciągniętych z jakichś targów. Mało który obiekt pozostał cały i gdzieś tam patyna jest dla nas czymś przyjemnym, kojarzy się z tym dzieciństwem i budzi te pozytywne emocje. Tak się składa, że mam ojczyma Niemca, który jest zawsze uporządkowany i pedantyczny. Kiedyś pomagałem moim rodzicom w biznesach i projektowałem wnętrze ich sklepu. Przy ul. Krochmalnej, w jednym modernistycznych bloków mieliśmy lokal ze starą marmurową podłogą. To było bardzo wysokie, fajne wnętrza. No i pierwsza rzecz, jaką uznał mój ojczym za konieczne to przepolerowanie podłogi. Musiałem wyjaśnić, że urok całego tego wnętrza to ta oryginalną podłogą w takim stanie, w jakim ją zastaliśmy. Ta podłoga, która jest już miejscami przetarta tam, gdzie chodzili klienci, sprawia, że miejsce ma swoją tożsamość. Pozostawienie czegoś, co się godnie zestarzało i co pokazuje upływ czasu, jest czymś całkowicie unikalnym. Zwłaszcza że panuje tendencja do ciągłego wymieniania wszystkiego na nowe. Resetowania przestrzeni i zastępowania inną. Staranne zacieranie śladów użytkowania. Zaciera też naszą historię i tożsamość. Nie pozwala to dłużej utożsamiać się z danym miejscem. Dlatego ważne jest korzystanie z dobrej klasy materiałów. Marmurowa podłoga jest pełna w swojej masie i nawet po jej wytarciu, dalej pozostaje marmurową powierzchnią. Nie jest jak tanie parkiety składające się z kilku mm godnej powłoki, która po starciu wygląda obrzydliwie i trzeba ją wymieniać.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. STUDIOTWENTYSEVEN, Miami

Mieszkasz w przedwojennym domu?
Tak. Staram się utrzymać go w takim dość oryginalnym stanie i wyposażeniu. Trochę przerabiam oczywiście współczesnym wzornictwem, ale próbuję go utrzymać w tym klimacie, którym go pamiętałem z dzieciństwa.

No dobra, a Twój ulubiony mebel…
Nie mam. Wyposażenie to jest zawsze synergia pewnych elementów. Może nawet fajny mebel może nie być korzystnie wyglądać w jakimś wnętrzu. Dopiero te połączenia z czymś innym nadają mu odpowiedniego kontekstu. To też jest bardzo trudne. Kiedy projektuje się obiekt, to toteż nigdy nie można zapomnieć o tym kontekście np. oglądaliśmy przed chwilą zdjęcia mojej nowej kolekcji. Między innymi lampę o nazwie Baba. Bardzo prosty kinkiet. I to jest po prostu kawałek kamienia, który zrobiony ma dwa wyżłobienia. Bardzo mało jest użytych środków wyrazu artystycznego. Oczywiście tam się dzieje bardzo dużo w środku. Ale jej zewnętrzny kształt jest bardzo minimalistyczny. Te wszystkie kąty, to wszystko jest oczywiście dobierane i długo szukałem odpowiednich proporcji. W rezultacie mamy jednak prosty kawałek kamienia i często trudno jest projektantowi zrozumieć w trakcie projektowania, że to jest tylko jeden element całości. On musi być minimalistyczny, żeby współgrał z pozostałą częścią, czy skalą przestrzeni, w której będzie osadzony. Jeśli dodałbym jakiś dodatkowy materiał, jakiś gzymsik to będzie już tego za dużo i zaburzy to kompozycję. Ostatnio właśnie kończymy projekt w Warszawie. To był taki projekt, który robiliśmy prawie dwa lata, gdzie miałem wnętrze i musiałem się w nie wpisać. Poznałem projekt i klimat tego wnętrza. Większość mebli sąsiadujących. I to była dość komfortowa sytuacja. Łatwiej wykonać taki obiekt gdy znamy jego docelowe miejsce. Kiedy samemu coś się projektuje, to miejsce docelowe też trzeba sobie wyobrazić, zaprojektować, wymarzyć.

A jaka jest wymarzona dla Ciebie?
No i to jest właśnie problem, bo jest to w zależności od dnia i humoru. Ja też często coś szkicuję, mam jakieś projekty i potrafię przez pół roku ich nie kończyć i robić kolejne. Nieraz wracam do swoich starych projektów, kiedy też wracam do pewnego nastroju, klimatu, czy akurat mam klienta, który podąża w daną stronę.

Masz szkice, które trafiły do szuflady na zawsze? Były takie projekty?
Tak były. Takie, nad którymi za długo siedziałem. Były już „przemęczone”, bo kiedy traci się zajawkę na robienie czegoś, to i projekt bardzo na tym traci. To też jest ważne, jak coś się tworzy, żeby wejść w odpowiedni nastrój. Trzeba też pracować w fajnym miejscu. Stworzyć takie miejsce. Żeby to wszystko było spójne, żeby mieć taką fajną codzienność. Żeby nie był to tylko biznes, ale sposób na fajne życie i funkcjonowanie. Wracając do pytania o to, czy odrzuciłem jakieś projekty. Opowiem o tym, czego nauczyłem się jeszcze w Towarzystwie Projektowym, jak robiłem praktyki po studiach. Często pamiętam, jak Jurek Porębski i Grzegorz Niwiński na początku projektów szkicowali jakieś idee. Patrząc na te szkice, nie byłem często do nich przekonany. Ale kiedy oni siedzieli nad tym projektem i szukali tych proporcji i potrafili przez tydzień coś dopracowywać, to nagle okazało się, że z tego szkicu zrobili coś mega fajnego. To nauczyło mnie, że faktycznie jeśli jest jakaś idea w głowie, to właśnie chodzi o te proporcje i o to, żeby znaleźć odpowiednie kompozycje, dobrać detale. I że praktycznie w wielu tych pomysłach jest ukryte coś, co można wydobyć. Oni robili to świetnie. To też pokazało mi, żeby nie odrzucać tych projektów zbyt szybko, tylko faktycznie zastanawiać się, czy jest w nich coś, co można wydobyć. Dlatego czasem wracam do projektów z szuflady i je dopracowuję. Niektóre doczekały się realizacji i są już w sprzedaży.

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Zdjęcie portretowe, fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Ernest Wińczyk

Rozmowy do czytania przy kawie – Jan Garncarek

Fot. Jan Garncarek

Oceń ten artykuł

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

0 / 5. 0

No votes so far! Be the first to rate this post.

Katarzyna Księżopolska - Redaktor naczelna MAGAZIF.com

Redaktor naczelna portalu MAGAZIF.com. Z wykształcenia socjolog i filolog polski. Autorka wywiadów, relacji z wydarzeń, poradników i raportów dla branży architektury, designu i wnętrz; moderatorka paneli dyskusyjnych, rozmów i spotkań; prowadząca warsztaty i konsultacje dla architektów i projektantów w zakresie komunikacji. Kierowniczka produkcji filmów dokumentalnych, poświęconych branży wnętrzarskiej. Cyklicznie dokonuje autorskiego przeglądu inspiracji, nowości oraz wydarzeń branżowych w ramach formatu „MAGAZIF NEWS”. Zasila szeregi jury najważniejszych konkursów branżowych w Polsce – m.in. Dobry Wzór, Międzynarodowe Biennale Architektury Wnętrz w Krakowie, Diament Meblarstwa, niegdyś również plebiscytu must have przy ŁDF. Pierwsze doświadczenia zawodowe zdobywała w branży badawczej, zajmując się badaniami marketingowymi, koordynacją międzynarodowych projektów oraz consultingiem dla firm. Miłośniczka designu i mody.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama