Piotr Lewicki – architekt, wykładowca i współzałożyciel (wraz z Kazimierzem Łatakiem), krakowskiego Biura Projektów Lewicki Łatak – od ponad trzech dekad współtworzy przestrzeń miasta, pozostawiając w niej projekty, które stały się punktami odniesienia dla współczesnej architektury. Podczas wywiadu opowiada o tym, czym jest dobrostan w projektowaniu i dlaczego architekturę można rozumieć także poprzez… drzwi wejściowe. W rozmowie poruszymy m.in. kwestie odpowiedzialności za przestrzeń publiczną, zmieniających się oczekiwań mieszkańców i roli detalu w codziennym doświadczeniu architektury.

Katarzyna Księżopolska (MAGAZIF.com): Państwa pracownia istnieje już ponad 30 lat i może pochwalić się znaczącymi realizacjami. Jak patrzy Pan dziś na ten dorobek – które z projektów były najbardziej przełomowe dla Panów kariery?
Piotr Lewicki: Trudno mi określić, które z naszych projektów były przełomowe, łatwiej wymienić te, które uważamy za istotne w historii naszej pracowni. Na pewno przywołałbym – w kolejności chronologicznej – przebudowę placu Bohaterów Getta w Krakowie, budynek mieszkalny wielorodzinny Corte Verona we Wrocławiu, halę 100-lecia KS Cracovia, tunel aerodynamiczny Flyspot w Morach pod Warszawą, przebudowę Muzeum Książąt Czartoryskich czy Młodzieżowe Obserwatorium Astronomiczne w Niepołomicach. Wyjątkowym projektem jest realizowana obecnie (po 19 latach od wygranego konkursu) kładka Kazimierz-Ludwinów w Krakowie.
Przytaczam tylko projekty zrealizowane; obiektów, które pozostały tylko na papierze nie potrafimy uznać za istotne w dorobku naszej pracowni, nawet choćby były nam bardzo bliskie. Mówię w swoim imieniu, choć podejrzewam, że Kazik miałby w tej kwestii podobne zdanie.
Biuro Projektów Lewicki Łatak często sięga po przestrzenie publiczne – place, kładki, obiekty sportowe. Czym różni się praca nad takim projektem od pracy nad architekturą mieszkaniową?
Rzeczywiście, jako pracownia nie mamy konkretnej specjalizacji. Projektujemy budynki mieszkalne, przemysłowe, użyteczności publicznej, to, co czasem zwykło się nazywać obiektami inżynieryjnymi, jak kładki – a także przestrzenie publiczne. Już przy pierwszym takim projekcie (a była nim przebudowa krakowskiego placu Bohaterów Getta) zrozumieliśmy – jakkolwiek brzmi to jak tautologia i oczywistość – że przestrzeń publiczna jest własnością publiczną, czyli de facto wszystkich, co powoduje zrozumiałe zaangażowanie szerszego grona osób i licznych gremiów w proces projektowy, który z tego powodu przebiega inaczej niż w sytuacji pracy na rzecz indywidualnego klienta, czy to osoby prywatnej czy podmiotu gospodarczego.
Kraków to miasto o silnej tożsamości architektonicznej. Czy projektując tutaj, czujecie Panowie szczególną odpowiedzialność wobec historii, kontekstu miejsc i tkanki miejskiej?
Tak, ale pracujemy nie tylko w Krakowie. Wydaje mi się, że z faktu dorastania tutaj, ukończenia tutejszych szkół i życia w tym mieście wynika nasz szczególny stosunek do jego wartości. Niemal w każdym projekcie szukamy lokalnych cech charakterystycznych, specyfiki danej lokalizacji – zarówno w jej wymiarze fizycznym, wartości zastanego krajobrazu, ale też historii związanej z miejscem projektu. Staramy się czerpać z tych walorów, aby przetworzone nadawały rys naszej wypowiedzi, która przybiera postać budynku, placu czy kładki. Nie przypadkiem berlińska wystawa naszych projektów nosiła tytuł „Site Specific”.

Zmieńmy nieco temat i pomówmy teraz o dobrostanie w kontekście architektury. Jak rozumie Pan to pojęcie i jakie miejsce zajmuje ono w Panów praktyce projektowej?
Nie chcę się silić na naukowe definicje, raczej odwołam się do pojęcia, które zapewne większość z nas wyobraża sobie podobnie. W takim znaczeniu dobrostan to stan równowagi fizycznej i psychicznej, poczucie spokoju i spełnienia, zadowolenia z życia, może nawet szczęścia.
W naszej praktyce zawodowej próbujemy sobie wyobrażać scenariusze, które mogą zachodzić w projektowanych przez nas budynkach. Dyskutujemy nad ich funkcjonowaniem, jak będą używane i czy może przy okazji ich realizacji uda się rozwiązać jakieś dodatkowe zagadnienie, wykraczające skalą poza zakres naszej interwencji i działkę inwestora.
Oczywiście rozmawiamy także o tym, jaką formę przybiera nasza propozycja – choć bardziej interesuje nas sama kompozycja niż to, czy jej efekt będzie fotogeniczny i dobrze się sprzedawał w mediach.

Czy można więc wskazać uniwersalne elementy architektury, które sprzyjają dobrostanowi użytkowników, niezależnie od skali projektu?
Mało oryginalnie odwołam się do witruwiańskiej triady (firmitas, utilitas, venustas), bo wydaje mi się ona na tyle uniwersalna, iż trudno o dobrostan, jeśli któraś z tych trzech kategorii szwankuje.
A gdy posiłkuję się bardziej przyziemnymi kryteriami, przychodzi mi na myśl parametr minimalnej powierzchni mieszkalnej w przeliczeniu na jedną osobę. Trudno uwierzyć, że czworo ludzi zajmujących ciasne pomieszczenie jest w stanie osiągnąć tytułowy dobrostan. Każdy, kto spędził dłuższe wakacje w parę osób na ciasnej łódce, zdobył zbliżone doświadczenie na własnej skórze. Choć oczywiście można założyć, że zagadnienie powierzchni minimalnej mieści się również w witruwiańskiej utilitas.

Jakie przykłady uważa Pan za najbardziej trafne w tym kontekście? Jakimi przykładami z dorobku pracowni można to zilustrować?
Będą to zarówno domy jednorodzinne, jak i budynki wielorodzinne różnej skali: pojedyncze plomby z zabudowie śródmiejskiej, większe uzupełnienia tkanki miejskiej i budynki zlokalizowane z dala od centrum, o typologii tzw. bloków. Zagadnienie dobrostanu można i trzeba ilustrować różnymi budynkami – bo przecież chcemy tworzyć miejsca do wygodnego życia niezależnie od budżetu inwestycji.
Jak jeszcze – nawet jeśli nieco metaforycznie – można myśleć o dobrostanie?
W jednej z moich ostatnich lektur do poduszki – myślę o książce Magdaleny Milert „Dla kogo jest miasto?” – trafiłem na celny cytat z Johannesa Lenharda, niemieckiego naukowca: „Ogromne poczucie dobrostanu wynika z tak prostej rzeczy jak posiadanie własnych drzwi wejściowych”. Własne drzwi wejściowe oznaczają oczywiście własny dom, mieszkanie lub nawet mniejszy, ale własny, fragment przestrzeni. Kąt w którym czujemy się u siebie, w swoim prywatnym świecie, co daje choćby symboliczne poczucie bezpieczeństwa i komfortu.

Na ile Pana zdaniem architektura mieszkaniowa w Polsce sprzyja dziś dobrostanowi, a gdzie dostrzega Pan największe braki?
W ostatnich latach mieszkania systematycznie drożały o kilkanaście czy ponad dwadzieścia procent w skali roku, co paradoksalnie nie przekładało się na jakość architektoniczną budynków, a być może nawet było odwrotnie: klienci kupowali nieruchomości zakładając wyraźny wzrost wartości mieszkania, powiązanej z konkretnymi parametrami jak powierzchnia czy liczba pokoi, a nie cechami tak dyskusyjnymi jak uroda budynku, rozkład funkcjonalny lokalu czy jakość zastosowanych materiałów.
Jak zmieniło się Pana myślenie o projektowaniu na przestrzeni trzech dekad działalności? Czy pewne akcenty nieco inaczej się rozkładają?
Myślę, że biegiem lat mam coraz więcej sympatii dla zwykłych budynków: typowych, historyzujących kamienic z końca XIX stulecia, tradycyjnych drewnianych wiejskich kościołów czy wyślizganych posadzek, na których widać upływ czasu, ale też czasem niepozornych plomb z lat 60., na które można trafić w czasie spaceru przypadkiem – po przecież żaden przewodnik po naszym mieście ich nie publikuje. Mniej mnie pociągają natomiast migające codziennie „budynki-ikony”, współczesne realizacje w Chinach czy Dubaju, których obrazów pełno jest w nadsyłanych regularnie biuletynach elektronicznych.
Nieodmiennie obaj z Kazikiem wyznajemy kult dobrego rzemiosła, cenimy sobie współpracę z fachowcami – ślusarzami, kamieniarzami, stolarzami czy technologami betonu. Przyznam, że zdarza nam się refleksja, że czasami nasza dbałość o detale czy jakość wykonania wydaje się przesadna i (niestety) niepotrzebna.
Jakie wyraźne przesunięcia w oczekiwaniach mieszkańców wobec architektury mieszkaniowej – od lat 90. po dzień dzisiejszy – Pan obserwuje?
Myśląc o architekturze mieszkaniowej (w rozumieniu budownictwa wielorodzinnego) i o tym, jak zmieniała się jej funkcja w ciągu mojego życia zawodowego i naszej działalności zawodowej na ogół uświadamiam sobie, że to dziedzina, która przede wszystkim odzwierciedla aktualną sytuację ekonomiczną, regulacje prawne i podatkowe.
W dużej mierze mieszkania nie pełnią swej podstawowej funkcji i zamiast tworzyć „ramy do życia” pełnią po prostu funkcję instrumentów finansowych: lepszych produktów niż lokaty bankowe, papiery wartościowe, sztabki złota czy bitcoiny.

Co dla Pana, prywatnie, oznacza dobrostan w przestrzeni, w której Pan sam mieszka i żyje?
Pomijając niezmiernie rzadkie okresy wakacji dzielę mój czas na dni powszednie w Krakowie i weekendy na wsi, w Beskidzie Wyspowym. Oczywiście życie w mieście wygląda zupełnie inaczej niż pobyty w górach: atuty tych lokalizacji są diametralnie różne. Intensywności życia w mieście, zgiełkowi ruchu ulicznego i gwarowi przechodniów, mnogości sklepów, restauracji i barów odpowiada wiejska cisza, w której słychać tylko szum drzew i świergot ptaków. Dobrze się czuję na ruchliwej ulicy Krupniczej koło naszej pracowni i siedząc na przyzbie własnej chałupy w górach, gdzie w sobotni wieczór nic nie zakłóca sielskiego spokoju.
Lubię obie sfery. Cieszę się, że mogę korzystać z obu – w odpowiedniej proporcji.
Partnerem materiału są Międzynarodowe Targi Krakowskie
Baza produktów
Inne ciekawe eventy
HOP Christmas
Wiecznie Młodzi
Wystawa Pater – ceramiczne obrazy Pauli Jeziornej



