Aktualny motyw: Synergetyczne wnętrze

.MDD logo

Mecenas Motywu

O projektowaniu i procesie twórczym – wywiad z Mateuszem Sudą

Maluje i tworzy. Projektuje. Jego grafiki zobaczymy nie tylko na obrazach, ale również na okładkach magazynów, kolekcjach dla branży fashion, a ostatnio również i na kultowym fotelu Imola. Jeśli jeszcze o nim nie słyszeliście, szybko nadróbcie zaległości – oto Mateusz Suda.

Mateusz Suda

Jesteś autorem oryginalnej odsłony kultowego już fotela – Imola. Czy możesz zdradzić, jak doszło do współpracy między Tobą a marką BoConcept?
Moja przygoda z BoConcept trwa już kilka lat. To śmieszna przygoda, ponieważ paradoksalnie  poznaliśmy się na urodzinach BoConcept, gdzie wystawiałem wspólnie z innymi artystami swoje prace – grafiki. Tak się poznaliśmy. Następnie uznaliśmy, że moje projektowanie świetnie współgra z aranżacją wnętrz w salonie i stwierdziliśmy, że będziemy razem współpracować. Z czasem, w trakcie tej współpracy, doszliśmy do wniosku,  że czas na coś nowego. I nadarzyła się okazja: 10. urodziny fotela Imola, 5. urodziny BoConcept. Wówczas Kamil Maślanka do mnie zadzwonił i zapytał, czy nie zechciałbym zostać przedstawicielem Polski i nałożyć na fotel tworzone przeze mnie nadruki. Uznaliśmy, że jest to świetna okazja, by stworzyć coś nowego i świeżego, co podlega raczej pod rzeźbę i sztukę aniżeli tylko formę użytkową.

Mateusz Suda w salonie BoConcept, w tle fotel Imola ozdobiony jego grafiką

Rozumiem, że zaprojektowany przez Ciebie fotel jest unikatowy i występuje tylko w jednym, jedynym egzemplarzu?
Tak jest! Jest to jedyny egzemplarz. BoConcept robił podobne akcje na całym świecie. Zaproszono artystów do takiego projektu i powstawały pojedyncze egzemplarze foteli, które stały się po prostu formami sztuki.

Nie wiem, jaki będzie dalszy los zaprojektowanego przeze mnie fotela, ale słyszałem, że zostanie przeznaczony na akcję charytatywną, co według mnie jest świetnym pomysłem i cieszę się, że mogłem dać coś od siebie dla innych.

Realizuję projekty, które wymagają ode mnie przyswajania wiedzy, jak i rozwijania się

Współpracowałeś z wieloma markami. Współpracę z którą z nich wspominasz najlepiej?
Należę do osób, które cieszą się z każdego zlecenia tak, jakby było pierwszym. Nie oznacza to jednak, że naiwnie decyduję się na realizację wszystkiego. W ciągu roku realizuję projekty, które wymagają ode mnie przyswajania wiedzy, jak i rozwijania się. Dzięki temu mogę działać na szerszym polu twórczym. Mam kilka ulubionych projektów i każdy z nich ma ciekawą historię.

Gdybym jednak musiał wybrać, to myślę, że wskazałbym na moją dwuletnią przygodę z marką Asus, która była niezwykle interesująca. Niosła też ze sobą misję edukacyjną. Powstał projekt o nazwie #createasus, który miał za zadanie kształcić i nagradzać kreatywne osoby. Dzięki temu miałem możliwość prowadzić warsztaty edukacyjne, gdzie moi uczniowie pozyskali wiedzę na temat tego, jak radzić sobie w biznesie kreatywnym czy jak umiejętnie wykorzystywać nową technologię w swoim rzemiośle artystycznym. W czasie trwania akcji nagrodziliśmy kilka utalentowanych ludzi świetnymi nagrodami i mam nadzieję, że dodaliśmy im otuchy, by mieli odwagę walczyć o swoje na tak trudnym rynku.

A który ze zrealizowanych dotychczas projektów był dla Ciebie największym wyzwaniem i dlaczego?
Każdy projekt wywołuje u mnie przypływ adrenaliny. Za bardzo kocham to, co robię, bym mógł mówić, że są lepsze i gorsze projekty. Mija już 10 lat mojej pracy twórczej i mogę pozwolić sobie na małe podsumowanie, w którym ogólnie opowiem, dlaczego każde zadanie to nowe wyzwanie. Gdybym musiał zobrazować mój rozwój, to narysowałbym schodki i każdy pokolorował na inny kolor. Kolory odpowiadają za zróżnicowanie zadań, jakie stawiane są przed moją osobą. I tak zaczynałem od zleceń związanych z ilustracją, projektowaniem graficznym. Później nastąpił etap bycia dyrektorem kreatywnym dla marek, gdzie współpracowałem przy kampaniach modowych bądź budowaniu wizerunku danej marki. Po udziale w licznych projektach chciałem w końcu sprawdzić się jako projektant i tak oto zaprojektowałem moją autorską kolekcję biżuterii dla marki ALTRA DEA COUTURE. Wtedy już wiedziałem, że nic mnie nie ogranicza i wystarczy próbować. Dzięki temu nadal rozwijałem się jako artysta, malowałem obrazy i ilustracje, w międzyczasie współpracowałem z markami odzieżowymi, technologicznymi i w pewnym stopniu trafiłem do grupy influencerów. Na moich social mediach nie tylko pokazuję swoje prace, ale uchylam rąbek prywatnego życia i pokazuję, jak wygląda praca freelancera. Dodatkowo staram się edukować moich odbiorców i poruszam tematy związane z modą, lifestylem, technologią. Dzięki temu czasami wcielam się w rolę wykładowcy na różnych warsztatach poświęconych modzie i technologii. Po latach stwierdziłem, że jednak czas na „stabilne życie”, i przyjąłem posadę jednego z głównych projektantów znanej marki odzieżowej w Polsce. Szybko okazało się, że to nie dla mnie: brak czasu na prywatne życie, projektowanie ubrań, pod którymi nigdy się nie podpiszę. Moi klienci, którzy dopytywali się, czy żyję i czy nadal będę tworzyć, obudzili mnie na nowo. Wróciłem do swojej profesji, bez której nie potrafię żyć. Dzięki temu zrozumiałem, że poświęciłem już trochę czasu na mój własny rozwój i nie mogę już zatrzymać się i porzucić wszystkiego dla stabilnej posady. Jak sama widzisz, to ciągła jazda bez trzymanki, która czasem daje Ci w kość, a czasem nagradza podwójnie.

Jestem zwolennikiem pracy zespołowej, w której zaufanie odgrywa ważną rolę

Prawda. A zdradzisz nam, jakie projekty odrzucasz?
Projekty, które mnie ograniczają. Mam taką swobodę, że zazwyczaj zgłaszają się do mnie zarówno firmy, jak i klienci indywidualni, którzy mają do mnie zaufanie. Budowałem je przez kilka lat ciężką pracą i jest to najlepsza forma współpracy. Moi klienci wiedzą, że oddaję tylko projekty, pod którymi mogę się podpisać, takie, w które włożyłem maksimum wysiłku. Zazwyczaj poddaję się w momencie, kiedy klient „trzyma mnie za rękę” w procesie twórczym, narzuca mi swoją wizję, zamiast dać tylko temat i inspiracje. Jestem zwolennikiem pracy zespołowej, w której zaufanie odgrywa ważną rolę.

Projektujesz grafiki, które znajdują się na różnych produktach? Gdzie (na jakich przedmiotach) szczególnie lubisz umieszczać swoje grafiki?
W tym przypadku trzeba rozróżnić formy projektowania na komercyjne i artystyczne. Od współpracy z BoConcept zauważyłem, że to świetny pomysł, by zaprojektować linię mebli z moimi autorskimi grafikami, ale są to póki co marzenia. Ze względu na to, iż moja praca  oscyluje głównie wokół popkultury, to materiał nie odgrywa tutaj większej roli. Cieszy mnie każdy projekt, który później widzę na ubraniach, produktach użytku codziennego. Wtedy czuć taką satysfakcję, że zaufali Ci ludzie i Ty sam mogłeś stworzyć swoją własną wizję.

W jakich wnętrzach widzisz swoje projekty?
Zawsze widziałem je w neutralnej przestrzeni, pozbawionej zbędnych kolorów. Uwielbiam beton i surowość. Poniekąd mówię tutaj o wymarzonym domu. Moje obrazy bronią się same poprzez fakturę, kolor i moje osobiste uczucia. To taki idealny obraz przestrzeni dla moich prac, ale moi klienci zaskakują mnie. Często spotykałem moje prace w różnych wnętrzach i wtedy zrozumiałem, że są one uniwersalne i każdy znajdzie coś dla siebie.

Pozostańmy chwilę przy relacji: grafika, obrazy – wnętrze. Jak oceniasz to, co Polacy mają na ścianach?
Świadomość naszego społeczeństwa powoli się zmienia. Myślę, że należę do grupy ludzi, którzy odczuwają te zmiany. Znajdziemy już świadomych odbiorców, którzy inwestują w artystów i rzemiosło. Dzięki takim ludziom ja, jak i moi koledzy po „fachu” możemy się rozwijać. Nie unikniemy komercjalizacji i tego, że grafika z supermarketu za 25 zł wygra pod względem ilości w sprzedaży. Chodzi tutaj jednak o to, czy warto mieć grafikę drukowaną maszynowo, czy lepiej cieszyć się latami czymś, co daje nam poczucie estetyki i sentymentu.

Sztuka we wnętrzach prywatnych zdaje się być wciąż trudnym tematem, zwłaszcza dla tworzących oryginalne dzieła twórców. Widzisz jakieś tendencje lub też: czy masz jakieś spostrzeżenia, jeśli chodzi o świadomość nabywców w tej materii?
Jeżeli chodzi o moich odbiorców, to mam poczucie spełnienia. Wiem, że moje prace trafiają do ludzi, którzy będą dbać o nie latami. Sam należę do osób, które nie wyobrażają sobie życia bez obrazów w pomieszczeniu bądź dodatków (najczęściej sentymentalnych). To element naszej osobowości i to my decydujemy, czy chcemy być jak wszyscy, czy chcemy zbudować swój oryginalny styl w przestrzeni mieszkalnej. Może trochę jestem ironiczny w tej kwestii, ale to prawda.

Jak wygląda Twój proces projektowy? Projektując i malując, widzisz wnętrze czy raczej skupiasz się na obrazie?
Bardzo rzadko maluję obrazy pod wnętrze. Często kiedy na moich kanałach social media prezentuję mój tak zwany „backstage” z procesu twórczego, dostaję wiadomości prywatne od moich klientów: „rezerwuję”, „chcę go”, nawet jeżeli obraz jest dopiero w połowie skończony. Moje prace same znajdują swoich właścicieli. Jeżeli jednak chodzi o indywidualne zlecenia, to zazwyczaj dostaję zdjęcia wnętrz, ale bardziej skupiam się na osobie. Zadaję jej kilka pytań i rozmawiam… o życiu. Dzięki temu poznaję człowieka i jego duszę. Rozmawiamy o temacie pracy, ale nie o technice czy przykładach. Dostaję wtedy wolną rękę twórczą i jeszcze do tej pory nie zdarzyło się, by ktoś był niezadowolony z efektu końcowego.

A nad czym obecnie pracujesz?
Jest kilka nowych realizacji, ale myślę też, że mój wiek i doświadczenie nieco weryfikuje to, na czym teraz pragnę się skupić, i wpływa na wybór projektów, które chcę realizować. W przyszłym roku obchodzę 10-lecie działalności artystycznej i chcę przygotować dużą wystawę, na której zaprezentuję swój dorobek i na którą serdecznie Was zapraszam! Dodatkowo nadal pozostaję freelancerem i podejmuję się różnych zleceń dla różnych firm, ale przede wszystkim: malarstwo, malarstwo i jeszcze raz malarstwo. To dyscyplina, w której mogę się wykazać i opowiedzieć własną historię.

Mateusz Suda w pracowni

Fot.: Mateusz Suda